niedziela, 1 stycznia 2017

Kawa na ławę

Spektakularna opowieść o pożądaniu, władzy, prawie i moralności przedstawiona w Teatrze Dramatycznym w Warszawie

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
Kurtyna w sali im. Gustawa Holoubka warszawskiego Teatru Dramatycznego podniosła się ukazując ciężkie, bogato zdobione dębowe ławy oraz mównicę najeżoną nowoczesnymi mikrofonami. Scenografię do sztuki Szekspira Miarka za miarkę przygotował Gintaras Makarevičius. Artysta skopiował najważniejszy fragment sejmowej sali, który znają z telewizyjnych przekazów wszyscy Polacy. Reżyser, Oskaras Koršunovas chcąc pozbawić widzów jakichkolwiek złudzeń natychmiast poprawił cios scenografa serwując bohaterom spektaklu posiłek przywieziony w styropianowych pojemnikach. Po trzech minutach nie było już cienia wątpliwości, że publiczność była u siebie, w polskim Sejmie.

Koršunovas nie skupił się na preparowaniu subtelnych aluzji dotyczących obecnej sytuacji politycznej. Jego spektakl był jak przysłowiowa, wyłożona na ławę kawa. W tym sensie pozostał wierny modelowi tradycyjnego teatru elżbietańskiego, gdzie elementy dramatu oraz gra aktorów musiały być czytelne dla wszystkich widzów, również tych z najniższych klas społecznych, którzy wyrażali swoje emocje spontanicznie klaszcząc, tupiąc, krzycząc, a nawet rzucając kamykami w aktorów.

Reżyser skoncentrował się przede wszystkim na wypracowaniu z warszawskimi artystami wiarygodnych kreacji aktorskich, a także na przygotowaniu operującej plastycznym skrótem, teatralnej narracji. W obu przypadkach twórca osiągnął sukces.

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
Cały zespół występujący na scenie zaprezentował bardzo wysoki poziom artystyczny. Moją uwagę zwrócili jednak szczególnie odtwórcy głównych ról - świetny Sławomir Grzymkowski jako Książę, chłodny i nieodgadniony, występujący gościnnie Przemysław Stippa w roli Angelo, a przede wszystkim doskonała Martyna Kowalik, która wcieliła się w postać Izabeli. To były najbardziej skomplikowane psychologicznie postaci. Niektórzy komentatorzy twierdzą, że obserwowane w sztuce gwałtowne zmiany dynamiki pożądania seksualnego tych bohaterów idealnie zostały opisane w teorii nerwicy Karen Horney, co sugeruje, że ich zachowania były jedynie pozornie niespójne i wynikały z lęków seksualnych! Jak widać, pokazanie takich sprzeczności na scenie nie było wcale łatwe, a jednak artyści wykonali to zadanie bardzo wiarygodnie. Czwartym asem w talii Teatru Dramatycznego był tego wieczoru Krzysztof Szczepaniak, odtwórca roli Lucjo. Zagrał koncertowo, zasłużenie zbierając końcową owację widzów.

Analiza sztuki Miarka za miarkę genialnego Szekspira udowadnia, że czterysta lat temu ludzie nie różnili się od współczesnych ani na jotę. Bystry obserwator ze Stratfordu idealnie potrafił dostrzec i przenieść na scenę wszystkie cechy ludzkiej natury. Również takie, które powodowały zmiany w zachowaniu po sięgnięciu po władzę. Władza bywa pełna powagi i patosu, ale również śmieszności i absurdu. Czy rządząc można być prawym i sprawiedliwym? Czy panujący nie traktują moralności jedynie jako środka umacniającego ich władzę?

Aktualność przekazu Szekspira jest ponadczasowa. Zadaniem widzów pozostaje jedynie obcować ze sztuką i myśleć. Reszta przyjdzie sama.

Kurzy się!


Przemysław Stippa mówi o spektaklu

niedziela, 25 grudnia 2016

Chwila








Drodzy Goście i Przyjaciele!

Święta i przełom roku to tylko króciutka chwila odprężenia, a więc gorąco życzę Wam udanego, intensywnego wypoczynku i spędzenia tego czasu w atmosferze ciepła i miłości.

Łączę wyrazy szacunku
Dionizy

Kurzy się!
Ikony wg projektu Manueli Langelli (Italia)



sobota, 17 grudnia 2016

Wlazł kotek na płotek!

Niecodzienna premiera Czarodziejskiego Fletu Mozarta w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie!

fot. Magda Hueckel-Śliwińska
W 2010 roku artyści z londyńskiej grupy artystycznej 1927 odnieśli swój pierwszy wielki sukces wystawiając w Sydney Opera House własne widowisko 'The Animals and Children Took To The Streets'. Przedstawienie cieszyło się ogromnym powodzeniem. Wystawiono je ponad 400 razy w 28 krajach! Będąc pod wrażeniem artystycznego stylu grupy 1927 reżyser Barrie Kosky zaprosił jej członków do współpracy przy produkcji Czarodziejskiego Fletu Mozarta w Komische Oper Berlin, której był dyrektorem. Opera miała premierę w 2012 roku i zrobiła  furorę. Spektakl zebrał entuzjastyczne recenzje krytyków i zdobył przychylność widzów. Podobnie reagowała prasa amerykańska po inscenizacjach w Los Angeles i Minneapolis. Barrie Kosky wraz z artystami z grupy 1927: współreżyserką warszawskiej premiery Suzanne Andrade oraz autorem animacji Paulem Barrittem, przekształcili dzieło Mozarta we wspaniałe połączenie animacji, kina niemego i opery. Spektakl zaskakiwał świeżością i oryginalnością, a także szybkim tempem. Wpływ na to miała rezygnacja reżyserów z recytatywów na rzecz prezentacji napisów ekranowych w stylu kina niemego. Tło muzyczne zawierało fragmenty innych utworów Mozarta, dopasowanych klimatem do prezentowanej na ekranie treści. Trudno w to uwierzyć, ale słuchano Mozarta podanego przez tapera!

Dzięki bardzo dobrej decyzji repertuarowej, od kilku dni goście i mieszkańcy naszej stolicy mają także możliwość obejrzenia słynnej produkcji w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Nie chcę odebrać przyjemności widzom, którzy dopiero wybiorą się na ten spektakl, a będzie to możliwe długo, gdyż licencja jest bezterminowa, ale zdradzę, że na scenie działo się naprawdę dużo. Publiczność mogła podziwiać wspaniałe widowisko!

Muzyce towarzyszyły fantastyczne obrazy, a artyści prezentowali się w kostiumach wg projektów Esther Bialas inspirowanych filmami z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Były to: Nosferatu – symfonia grozy (1922), komedie Bustera Keatona oraz Dziennik upadłej dziewczyny (1929) z niesamowitą, wyprzedzającą swą epokę Louise Brooks. W animacjach z kolei można było dostrzec estetykę Żółtej łodzi podwodnej, słynnego filmu z muzyką zespołu The Beatles.

Charakter i strój Louise Brooks można było rozpoznać w stylizacji postaci Paminy, którą z fantazją zagrała i pięknie zaśpiewała Iwona Sobotka. Byłem pełen podziwu dla artystki, która wyśmienicie odnalazła się w niecodziennej, jak na operę konwencji. Kilka scen w jej brawurowym wykonaniu było naprawdę znakomitych, chociaż z drugiej strony należy podkreślić, że równie sprawnie zaprezentowała delikatne koloratury i oddała w pełni liryzm śpiewu zakochanej kobiety.

fot. Magda Hueckel-Śliwińska
Widzowie tego wieczoru mieli szczęście do bardzo dobrze dysponowanych artystek. Miłośnicy opery, jak zwykle w Czarodziejskim Flecie, czekali na tak zwaną dyscyplinę dodatkową, a więc na arię Królowej Nocy. Aleksandra Olczyk zaśpiewała ją bez jednego zachwiania, a publiczność dziękując za nienaganne wykonanie nagrodziła artystkę długą owacją.

To nie był koniec miłych chwil, koniecznie chcę podkreślić wysoki poziom, idealną harmonię i świetną formę dwóch trójek: Ewy Majcherczyk, Elżbiety Wróblewskiej i Karoliny Sikory jako trzech dam oraz świetnie przygotowanych przez Danutę Chmurską solistów z chóru dziecięcego w rolach trzech chłopców.

Orkiestra Teatru Wielkiego Opery Narodowej zagrała jak zwykle na dobrym poziomie, chociaż odniosłem wrażenie, że muzycy pod batutą Piotra Staniszewskiego grali w pewnych fragmentach za cicho, jak na tego typu widowisko.

Najciekawsze, oryginalne wynalazki powstają w wyniku badań, które realizowane są na pograniczu różnych dziedzin nauki, na przykład biologii i fizyki. Podobnie, spektakularne efekty uzyskuje się w projektach artystycznych łącząc różne dziedziny sztuki. Tak właśnie jest w przypadku warszawskiej realizacji Czarodziejskiego Fletu Mozarta. Oryginalność, bezpretensjonalność, poczucie humoru (proszę zwrócić uwagę na kapitalne sceny z udziałem kota, Papagena?!) oraz w wielu przypadkach naprawdę świetne kreacje artystów stworzyły niepowtarzalny spektakl, który dostarczył widzom wielu emocji.

Oczywiście zawsze można zadać pytanie: a jaka była zawartość Mozarta w Mozarcie? Nie trzeba odpowiadać, dlatego że wlazł kotek na płotek i mrugał, i to jak!

Twórcy wprowadzają w spektakl:


Kurzy się!

wtorek, 6 grudnia 2016

Trzy kawałki tortu

Chopiniana Bolero Chroma – popisy artystów Polskiego Baletu Narodowego w Warszawie.

Jubileusz dyrektora Krzysztofa Pastora stał się okazją do przygotowania przez zespól Polskiego Baletu Narodowego w Teatrze Wielkim Operze Narodowej specjalnego spektaklu. Przedstawienie składało się z trzech odrębnych części, na które złożyły się balety Chopiniana, Bolero i Chroma.

Plakat Adama Żebrowskiego na podst. 
zdjęcia z Chromy Wayne’a McGregora
 (Royal Ballet), fot. Bill Cooper
Pierwszy z nich to klasyczny balet romantyczny w choreografii Michaiła Fokina. Scenograficzne tło baletu stanowił wspaniały prospekt ogrodu romantycznego autorstwa Andrzeja Kreutz Majewskiego, wieloletniego scenografa Polskiego Baletu Narodowego. Na scenie widzowie podziwiali  tancerki w pięknych, tiulowych paczkach romantycznych i delektowali się widokiem tańczących duchów, driad, nimf wodnych i wróżek. Balet nie opowiadał żadnej historii, a istotą tego wspaniałego spektaklu był po prostu taniec i nastrój. Wśród tańczących, nieziemskich zjaw, pojawił się również Poeta (Dawid Trzensimiech), który szukał natchnienia w świetle srebrnego księżyca. Poetyckie poszukiwania znalazły swój finał w pięknym pas de deux z udziałem świetnej Dagmary Dryl.

Chopiniana to balet, którego siłę stanowi perfekcyjne wykonanie całego zespołu. Tancerki poruszają się po liniach prostych i powtarzają trudne kombinacje kroków, pozycji, póz i ruchów ciała. Mówi się o tym balecie: akademicki, co nie ma znaczenia pejoratywnego. To kwintesencja klasyki. Chodzi tylko o to, że taka sztuka broni się wyłącznie w przypadku perfekcyjnego wykonania. Każdy poważny zespół baletowy musi mieć w swoim repertuarze klasyczne pozycje. Bardzo dobrze się stało, że Chopiniana tańczą teraz artyści Polskiego Baletu Narodowego.

Drugą część wieczoru stanowiło Bolero w choreografii Krzysztofa Pastora do tytułowego utworu Maurice’a Ravela. Narastająca muzyka tego popularnego dzieła upodobniła się w myślach choreografa do rytmicznego brzmienia fabrycznych maszyn. Artysta umieścił akcję baletu na prostokątnym placu, być może na placu przed fabryką. Bolero Pastora tańczy wiele tancerek i tancerzy i tak jak w balecie klasycznym, kluczową sprawą było utrzymanie precyzji i zgrania całego zespołu. Z uwagi na wysoki poziom zaprezentowany w Warszawie, Bolero może stać się wizytówką Polskiego Baletu Narodowego. Zespół wypadł bardzo dobrze, a w partiach solowych uwagę przykuwała nienaganna, świetna i wyrazista Chinara Alizade, nagrodzona gromkimi owacjami przez widzów.

Ostatnim baletem była Chroma Wayne’a McGregora, wielkiej gwiazdy współczesnego baletu. Choreograf wypracował własny, rozpoznawalny styl tańca. Można powiedzieć, że ten artysta stworzył swój słownik ruchu. Jego balet jest rzeczywiście na wskroś nowoczesny. McGregor to charyzmatyczny artysta, który prowadzi w Anglii własne studio, a w swojej twórczości czerpie z dokonań naukowych z dziedziny biologii, a także wykorzystuje film i techniki komputerowe integrując taniec ze sztukami wizualnymi i muzyką. Nowoczesną choreografię Chromy uzupełniała absolutnie genialna, minimalistyczna scenografia Johna Pawsona podkreślona wspaniałym oświetleniem wykreowanym przez Lucy Carter. 

Taki jubileusz chciałby mieć każdy, ale mówiąc zupełnie serio, należy podkreślić, że zespół Polskiego Baletu Narodowego podołał zadaniu i pokazał w każdej z tych realizacji wysoki lub bardzo wysoki poziom artystyczny. O potencjale zespołu niech świadczy fakt, że Chopiniana, Bolero i Chroma są pokazywane praktycznie w dwóch różnych, pełnych obsadach i pomimo dostrzeganych od czasu do czasu drobnych błędów (zwłaszcza w balecie Chopiniana), spektakle prezentują wysoki poziom artystyczny. Obejrzenie takiego przedstawienia, to unikalna możliwość zapoznania się w ciągu dwóch godzin z historią światowego baletu. Warto wybrać się do Teatru Wielkiego Opery Narodowej, aby skosztować urodzinowego tortu Krzysztofa Pastora.

Kurzy się! 

środa, 30 listopada 2016

Antywojenny off-road

Nad Warszawą unoszą się dymy pożarów, trwają walki - premiera Matki Courage i jej dzieci Bertolda Brechta w reż. Michała Zadary w Teatrze Narodowym w Warszawie 


fot. T. Narodowy
w Warszawie
Michał Zadara, reżyser sztuki Matka Courage i jej dzieci Bertolda Brechta wystawionej w Teatrze Narodowym w Warszawie przeniósł akcję dramatu z siedemnastowiecznej Europy w nieodległą przyszłość, a na teren scenicznej wojny wybrał Warszawę. Sądząc z napisów na różnych elementach ekwipunku wojskowego, wojna Zadary ogarnęła kraje Unii Europejskiej oraz Rosję. Siłą rzeczy uwspółcześnieniu uległy także rekwizyty, w tym najważniejszy - wóz matki Courage. W Narodowym stał się nim stary model samochodu bardzo znanej, niemieckiej marki. Materiały wideo (Artur Sienicki) i niektóre elementy scenografii (Robert Rumas) okazały się kontynuacją koncepcji zaprezentowanej przez tych samych twórców w bardzo udanej realizacji Zbójców Friedricha Schillera. Przyznam, że oprawa plastyczna Zbójców wywarła na mnie jednak dużo większe wrażenie niż pokazane na scenie ruiny Warszawy oraz sekwencje wideo eksponujące zbliżenia twarzy bohaterów spektaklu podróżujących wozem matki Courage.

Danuta Stenka w tytułowej roli matki stanowiła prawdziwy napęd tego przedstawienia. Mocno i równo pchała je do przodu, tak jak jej bohaterka swój wóz. Artystka potrafiła w ciągu kilku sekund przeistoczyć się z hałaśliwej, twardej i sprytnej markietanki w czułą matkę. Humorowi wielu scen przeciwstawiała niezłe wykonania smutnych piosenek Paula Dessau. 

W interpretacjach wokalnych tego spektaklu zdecydowanie jednak na pierwszy plan wybiła się Ewa Konstancja Bułhak w roli Yvette. Artystka ma bardzo interesujący, o dużej rozpiętości skali głos, który bezbłędnie wykorzystała. To obok Danuty Stenki i kowbojskiej roli Arkadiusza Janiczka jako Kucharza trzecia, dobra kreacja tego spektaklu.

fot. T. Narodowy
w Warszawie
Matka Courage Bertolda Brechta stała się jedną z najbardziej znanych sztuk dwudziestego wieku. Czy Michałowi Zadarze udało się wycisnąć trochę świeżego soku z tej wielokrotnie użytej, antywojennej cytryny? Moim zdaniem tylko kilka kropelek, gdyż pomysł zamiany realiów Wojny trzydziestoletniej na współczesność nie wzbogacił znacząco tej inscenizacji, a oglądanie kolejnych scen dramatu, łudząco w tej realizacji podobnych do siebie i granych na tym samym poziomie emocji, było momentami nużące. Reżyser nie zdecydował się także na cięcia i trzeba było te swoje trzy godziny wysiedzieć, kręcąc się od czasu do czasu na fotelu. 

Podczas wojen największe ofiary ponoszą zawsze zwykli ludzie, tak jak Matka Courage, która straciła wszystkie dzieci. Zaprezentowana w spektaklu panorama zniszczonej Warszawy to apel, aby widzowie pamiętali o tym obrazie słuchając polityków nawołujących do opuszczenia Europy w imię iluzorycznych wartości oraz ocen moralnych użytych jedynie w celu zrównoważenia ich własnej niemocy. Czy na pewno wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to zabawa zapałkami nad beczką pełną prochu? 

Kurzy się!