sobota, 8 kwietnia 2017

Iwona z Moskwy

Ta premiera wywołała skandal! Grzegorz Jarzyna wyreżyserował w Moskwie Iwonę, księżniczkę Burgunda.

Widzowie 37 Warszawskich Spotkań Teatralnych obejrzeli Iwonę, księżniczkę Burgunda Witolda Gombrowicza zaprezentowaną przez rosyjskich artystów z moskiewskiego Teatru Narodów. Sztukę wyreżyserował Grzegorz Jarzyna. Spektakl powstał w koprodukcji Theatre of Nations (Moscow), TR Warszawa we współpracy z Instytutami Adama Mickiewicza z Warszawy i Polskim w Moskwie. 

fot. Teatr Narodów
Moskiewski teatr jest sceną impresaryjną, której zadaniami są: prezentowanie kultury narodów byłego Związku Radzieckiego, pokazywanie eksperymentów teatralnych oraz zapraszanie interesujących, zagranicznych reżyserów. Za bilety w Teatrze Narodów trzeba słono zapłacić, gdyż ceny rozpoczynają się od około 250 złotych, ale scena ma powodzenie i artyści grają przy kompletach na widowni. Premiera Iwony w reżyserii Jarzyny odbyła się jesienią ubiegłego roku, a spektakl jest regularnie grywany, co świadczy o jego powodzeniu. Realizacja wywołała w Moskwie protesty obyczajowe z uwagi na scenę pocałunku homoseksualnego oraz nagość Iwony w finale drugiego aktu. Teatr rosyjski nie prezentuje na co dzień takich treści, tym bardziej należy podkreślić zaufanie, jakim artyści obdarzyli Jarzynę. Zaprezentowanie takiej otwartości w Moskwie wymagało od nich sporej odwagi.

Sztuka Gombrowicza nie stała się w interpretacji Jarzyny bieżącą wypowiedzią polityczną. Na szczęście! Rosja jest krajem o innej perspektywie, o czym często zapomina się w Polsce. Na zachód od tego państwa są Niemcy, Francja i Anglia, a w imperialnym od pokoleń myśleniu nie ma wiele miejsca na peryferyjną Polskę. Polityczne pouczanie Rosjan nie byłoby zrozumiane, ani mile widziane. Zaakcentowanie uniwersalnego wymiaru Iwony dawało większą szansę na wywołanie zainteresowania twórczością mało znanego w Rosji Gombrowicza i refleksji u widzów. Na taki zabieg zdecydował się Jarzyna. Reżyser skupił się na zademonstrowaniu potężnej machiny władzy. Pokazał ludzi, którzy ani na moment nie ściągali ze swych twarzy masek. Iwona nie potrafiła się w taki sposób porozumiewać, pozostała sobą. To zaciekawiało i dodawało tajemnicy. Księżniczka stała się na pewien czas egzotyczną atrakcją dla księcia, pary królewskiej (znakomity król w wykonaniu Aleksandra Feklistova) i dworu. Po pewnym czasie jej inność zaczęła jednak drażnić, tym bardziej że bohaterka nie chciała lub nie umiała dopasować się do życia pełnego konwenansów i obłudy. 

Przedstawienie nasycono bardzo spektakularnymi efektami plastycznymi, dźwiękowymi oraz interesującą muzyką Jacka Grudnia, który zaprezentował elektroniczne brzmienia przypominające syntezatory Mooga z lat sześćdziesiątych. Dźwięki, muzyka i obraz sprzęgały się ze sobą wprowadzając widzów w cybernetyczno - kosmiczny świat, a prezentacje wideo przygotowane przez Martę Nawrot wspaniale „reagowały” na zmiany rytmu spektaklu. Kosmiczna oprawa sztuki nie pozwoliła widzom Iwony na proste, polityczne skojarzenia z codzienną, rosyjską rzeczywistością.

Iwona została zgładzona, ale czy jej ofiara poszła na marne? Czy dała nadzieję mieszkańcom Moskwy? To wątpliwe, chociaż reżyser skrzesał iskierkę nadziei. Książę w końcowej scenie rozebrał się i upodabniając się w ten sposób do Iwony, symbolicznie ją zaakceptował. Być może w przyszłości jakiś nowy Lenin kierujący kolejną, rosyjską rewolucją będzie w stanie także zaakceptować ludzką oryginalność i odmienność? 

Rosyjska zapowiedź spektaklu:


Kurzy się!

środa, 22 marca 2017

Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam

Jedna wiadomość, która zmieniła życie człowieka. Historia Jakuba w Teatrze Dramatycznym w Warszawie 

Tadeusz Słobodzianek napisał Historię Jakuba opierając ją na prawdziwych wydarzeniach z życia filozofa i katolickiego księdza Romualda Jakuba Wekslera - Waszkinela, który upublicznił  swoje losy m.in. w wywiadzie opublikowanym w czasopiśmie "Znak. Miesięcznik" w 1995 roku. W sztuce zmieniono imiona bohatera i członków jego rodziny, co pozwoliło uwolnić scenariusz dramatu od reportażowej wierności i umożliwiło dodanie mu waloru uniwersalności. Historia pierwszych chwil życia tytułowego bohatera sztuki była dramatyczna. Żydowscy rodzice chłopca zostali zamordowani przez Niemców podczas II wojny światowej, a niemowlę cudem ocalało dzięki bohaterstwu polskiej rodziny. Przybrana matka pokierowała później chłopcem w taki sposób, aby został katolickim księdzem. Jakub był już grubo po trzydziestce, kiedy dowiedział się, że był synem żydowskiego krawca z małej miejscowości koło Wilna. Ta wiadomość odmieniła jego życie.

Reżyser Ondrej Spišák zdecydował się wyodrębnić w sztuce kilkanaście odsłon, które przedstawiały chronologicznie losy głównego bohatera, od dzieciństwa, aż po jego emeryturę. Z przyjemnością patrzyłem na kolejne sceny, ponieważ urzekł mnie styl opowiadania tej historii, zwłaszcza w pierwszym akcie. To była specjalna kronika, która pokazywała na przemian wydarzenia dramatyczne i śmieszne, które przeplatając się ze sobą tworzyły niesamowitą historię, która zmuszała do przemyślenia wielu spraw. Od małych, całkiem potocznie domowych, do poważniejszych związanych z moralnością i ludzkim sumieniem, aż po sprawy duże, kalibru narodowego.

Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
Nie poczułem w tym przedstawieniu ciężaru Holocaustu, który mógł przygnieść tę sztukę, a wprost przeciwnie, raczej odniosłem wrażenie, że oglądam ciepłą przypowieść według Hanocha Levina lub nawet fragmentami przygody dobrego wojaka Szwejka, w których pełno było charakterystycznych postaci à la feldkurat Otto Katz. Tę przyjemność widzowie zawdzięczali udanym kreacjom wielu artystów, między innymi Zbigniewa Dziducha jako grzesznego, pełnego słabości Proboszcza oraz Otara Saralidze w roli przystojnego Wikarego owładniętego rządzą „oglądania” telewizji. Bardzo podobała mi się także Magdalena Smalara w roli mrukliwej siostry Jakuba, Stefy. Druga część spektaklu nie była już tak udana, ale pokazanie wszystkich, zaplanowanych scen miało głęboki sens dlatego, że sztuka w jakimś sensie doprowadzała historię Jakuba tylko do pewnego momentu. O symbolicznej otwartości dramatu świadczył też fakt, że artyści nie pojawili się na scenie do ukłonów, a główny bohater wyszedł z sali zamykając  za sobą drzwi i obiecując powrót. Widzowie zrozumieli, że historia Jakuba będzie pisana dalej.

Bohater sztuki w poszukiwaniu własnej tożsamości poddawał się swojemu losowi i podróżował odbijając się od kolejnych wydarzeń jak kula od grzybków i tarcz w starożytnym flipperze. Jego postawa także była zmienna:  raz pryncypialna, a raz tchórzliwa. Jakub często cofał się, chociaż jego sumienie podpowiadało mu, że powinien atakować i reagować. Doskonale ilustrowały to sceny z udziałem świetnego Marcina Sztabińskiego w roli Prorektora.  

Tytułową rolę zagrał Łukasz Lewandowski. To wybitny aktor, który potrafi z pozornie drugoplanowych ról stworzyć kreacje, które pozostają na długo w pamięci! Mam tu na myśli jego wspaniałą rolę wynalazcy i wizjonera Nikoli Tesli w adaptacji epopei Jacka Dukaja „Lód” w reżyserii Janusza Opryńskiego oraz melancholijną kreację urzędnika Zjemlaniki w Rewizorze Nikołaja Gogola w reżyserii Nikołaja Kolady.

W Historii Jakuba było jednak inaczej. Lewandowski zagrał główną rolę wyraźnie dystansując się od postaci tytułowego bohatera. Widzowie patrząc na artystę mogli odnieść wrażenie, że aktor tylko przyglądał się tej postaci i szukał klucza do jej zrozumienia. Lewandowski nie stał się Jakubem, ale pozostał człowiekiem prowadzącym dyskurs ze swoim scenicznym wizerunkiem. To było zaskakujące.

Kilka dni po premierze życie dopisało dalszy ciąg, potwierdzając tym samym, że ta sztuka musi rzeczywiście poczekać na zakończenie. W jednej z audycji radiowych wysłuchałem rozmowy na temat realizacji Historii Jakuba w Teatrze Dramatycznym, w której Łukasz Lewandowski niespodziewanie ujawnił, że tak jak jego bohater, poznał swojego prawdziwego ojca już jako osoba dorosła. To wyznanie sprawiło, że teraz mogę tylko w zamyśleniu powtórzyć za Stachurą: życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam…


Kurzy się!

niedziela, 12 lutego 2017

Deser Pavlovej

Don Kichot – klasyczny balet, efektownie zatańczony przez artystów Polskiego Baletu Narodowego 

fot. Ewa Krasucka
Kilka dni temu widzowie Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie mieli okazję obejrzeć wznowienie klasycznego baletu Don Kichot z muzyką Ludwiga Minkusa i choreografią Aleksieja Fadejczewa na podstawie układu Mariusa Petipy i Aleksandra Gorskiego. Ten przepiękny balet przygotowano w koprodukcji z Królewskim Baletem Flandryjskim w Antwerpii, a jego warszawska premiera miała miejsce 29 maja 2014 roku. Don Kichot należy do najchętniej pokazywanych, klasycznych baletów. Przyczyn jest kilka, a do najważniejszych należą: wspaniała, rytmiczna, z hiszpańskimi akcentami muzyka napisana przez mistrza Minkusa oraz znakomita choreografia, która udoskonalana przez kolejne pokolenia artystów daje współcześnie możliwość popisywania się na scenie techniką i temperamentem tylko najlepszym solistkom i solistom. Jeśli doda się do tego mnogość fascynujących postaci, takich jak Kitri, Basylio, Don Kichot i Sancho Panza oraz dziesiątki tańczących torreadorów, seniorit, cyganek, nimf oraz driad, to nic dziwnego, że publiczność szczelnie wypełnia widownie sal, a cukiernicy komponują na cześć tańczących artystek desery. 

fot. Ewa Krasucka
Tegoroczne wykonanie Don Kichota stało się dla kilku solistów z Polskiego Baletu Narodowego debiutem, dlatego że wystąpili po raz pierwszy w nowych rolach: Mai Kageyama w roli Kitri-Dulcynei, Dawid Trzensimiech jako Basilio oraz Yuka Ebihara w roli Królowej Driad. Cała trójka wypadła bardzo dobrze. Największe wrażenie podczas spektaklu wywarły na mnie kreacje taneczne Dawida Trzensimiecha, Yuki Ebihary oraz Kristófa Szabó w roli Espady. Szczególne słowa uznania kieruję w stronę znakomitego dyrygenta świetnej tego wieczoru (jak zwykle) Orkiestry Teatru Narodowego - Opery Narodowej, Aleksieja Baklana. Za pulpitem było widać kipiącego energią artystę, o którym można było powiedzieć, że tańczył razem z baletem(!). Nic dziwnego, rodzice maestro byli tancerzami baletowymi, a primabaleriną jest także jego żona. Artysta czuł się w Teatrze Wielkim jak w domu i tym łatwiej zrozumieć, że w jego przypadku świadomość specyfiki muzyki baletowej była intuicyjna i pełna. Baklan czujnie patrzył na tancerzy po to, aby idealnie dopasować rozkład muzycznych akcentów do zmiennej sytuacji na scenie. To było szczególnie ważne i korzystne dla solistów - debiutantów.

fot. Ewa Krasucka
Nie byłoby tak udanego spektaklu bez znakomitej reżyserii świateł Steena Bjarke oraz fantastycznych, olśniewających kostiumów Thomasa Miki.  A propos kolorów strojów i dekoracji - mam na ten temat pewną kulinarną teorię. Jestem niemal pewny, że w słynnym deserze Pavlovej widać inspirację Don Kichotem. W 1924 roku zespół Pavlovej wywiózł Don Kichota z Rosji i pokazał go światu. Sławny torcik bezowy powstał zaledwie kilka lat później, podczas tournee artystki po antypodach. Szefa kuchni z hotelu w Wellington z pewnością zainspirowały kolory spektaklu, które odwzorował w różnorodności barw deseru. Tak więc beżowa beza to był kolor skórzanego siodła Rosynanta, kaftana Sancho Panzy oraz spłowiałych na słońcu ścian hiszpańskich tawern, bita śmietana była barwą lekkich tutu nimf i driad w scenie snu Don Kichota, a zieleń kiwi przypominała kolor lasu i obozu cygańskiego. Czerwień granatu i truskawek odwoływała się wspaniałe do sukien seniorit i zabarwienia jaskrawych mulet używanych podczas korridy. Pełna paleta kolorów i świetny smak. Kwintesencja przyjemności. Właśnie, w tym tkwi sekret. Dlaczego ludzie przychodzą do teatrów baletowych na Don Kichota? Obejrzenie tego spektaklu jest jak zjedzenie deseru Pavlovej. Sprawia przyjemność. I taki jest również warszawski Don Kichot.

Kliknij - ten tekst ma wersję audio

Zespół Polskiego Baletu Narodowego wzbogaca się o nowych artystów:


Kurzy się!

czwartek, 2 lutego 2017

Oddech szczura

Artur Pałyga przepowiada wojnę! Mocny spektakl w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie.

Małgorzata Bogajewska reżyserowała już dramaty napisane przez Artura Pałygę. Artyści niedawno odnieśli spektakularny sukces wystawieniem sztuki „Tato” przygotowanej w Teatrze Bagatela im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego w Krakowie. Pałyga napisał teraz tekst „Rewizor. Będzie wojna!” na zamówienie Teatru Ludowego w Nowej Hucie, którego dyrekcję sprawuje Małgorzata Bogajewska. Twórcy tego spektaklu pracowali w komfortowych warunkach z uwagi na to, że autor sztuki odwiedzał ich na próbach i na bieżąco korygował tekst biorąc pod uwagę oczekiwania i wymagania aktorów. Taka praktyka zawsze była bardzo cenna dla każdego dramaturga, ale i znakomita dla jakości tekstu, sam mistrz Fredro pracował w podobny sposób.

fot. Teatr Ludowy
Mikołaj Gogol w bezbłędnie napisanym „Rewizorze” pokazał w bezlitosnym, satyrycznym lustrze ludzką chciwość, głupotę i wszechogarniającą Rosję korupcję. Za to dostało mu się od ówczesnych znawców i mecenasów teatru. Rzeczywiście, Gogol w utworze nie opisał żadnej pozytywnej postaci, ani też nawet nie naszkicował odrobiny wątku miłosnego. Mistrz tłumaczył, że odebrano jego sztukę w nieprawidłowy sposób, ale było to wołanie na puszczy.

Pałyga oparł się na konstrukcji rosyjskiego dramaturga, ale potraktował „Rewizora” jedynie jako wehikuł, który przeniósł go do innej historii. W sztuce Pałygi oryginalne postaci komedii Gogola zostały zdeformowane, a także pojawiły się nowe, na przykład Szczury(!). Tytułowy bohater nie stał się ofiarą komedii omyłek. Chlestakow Pałygi nie przyjechał przypadkiem do zapyziałego miasta w powiecie leżącym gdzieś w guberni na końcu świata. Rewizor - Chlestakow (udany debiut Krystiana Pesty) okazał się młodym, ale cynicznym i wyrachowanym człowiekiem, który szybko wykorzystał sytuację i zaczął rządzić w miasteczku. Bohater Pesty zręcznie posługiwał się manipulacją, propagował populistyczne, a wręcz faszystowskie hasła i faszerował mieszkańców miasteczka nienawiścią, co wkrótce ich skłóciło. W jednej ze znaczących scen, która pokazała zajadłość konfliktu doskonale zaprezentowali się: Kajetan Wolniewicz jako dobrotliwy Dzielnicowy oraz Barbara Szałapak (Dobczyńska) i Paweł Kumięga (Bobczyński), którzy umiejętnie stopniowali napięcie w narastającej kłótni kończącej się histerycznym wybuchem nienawiści. Ten obraz złowrogo przypomniał aktualne, polityczne kłótnie Polaków. W spektaklu było jeszcze wiele interesujących momentów, takich jak na przykład ciekawa rozmowa zrezygnowanego i wypalonego Horodniczego (Tadeusz Łomnicki) z kwiatkiem, prześmieszny monolog  Iwony Sitkowskiej (Pan Szczur) na temat jakości masowo produkowanej żywności i metod jej sprzedaży w dyskontach, a także jedna z najmocniejszych scen spektaklu, w której Anna Pijanowska (Pani Szczurowa) została przewrócona i znieważona przez grupę mężczyzn.

fot. Teatr Ludowy
Małgorzata Bogajewska wyeksponowała na scenie olbrzymie lustro (scenografia Maciej Chojnacki), które było przez cały czas skierowane na widzów nie dając im w ten sposób zapomnieć, że sztuka była tak jak u Gogola, o nich. Dobry tekst Pałygi i jak zwykle bardzo plastyczna i w najlepszym tego słowa znaczeniu „teatralna” reżyseria Małgorzaty Bogajewskiej poniosły do udanego występu wszystkich artystów. Widzowie z przyjemnością patrzyli na udane kreacje aktorskie oraz słuchali świetnych muzycznych point tria instrumentalnego (Szymańska, Braszak, Kopiec) grającego muzykę Bartłomieja Woźniaka oraz piosenek w wykonaniu ujmującej Wiktorii Węgrzyn. 

Sztuka odnosi się do współczesności, ale twórcy nie formułowali w niej żadnych przestróg. Na to po prostu jest już zdaniem artystów za późno. Dlatego w szczurzej konwencji powtarzam za Olgą Jackowską, że nogi, nogi, setki nóg już tupią i tupią równym, marszowym krokiem. Gogolowskie: "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie" brzmi przy tym niewinnie, jak stara dziecięca wyliczanka.

Łącze do tekstu poświęconego sztuce "Tato"

Kurzy się!


środa, 25 stycznia 2017

Ścisk przy Grunwaldzkim

Ciekawe, nowe wystawy w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie

Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha powołano do życia z inicjatywy Andrzeja Wajdy i otwarto w 1994 roku w Krakowie, na przeciwległej Wawelowi stronie Wisły, tuż przy moście Grunwaldzkim. Muzeum posiada bogatą, stałą ekspozycję oraz często organizuje wystawy tematyczne. Ostatnio była tam prezentowana kolekcja pastelowych scen prezentujących ptaki i kwiaty. Obrazki czarowały poetyckim nastrojem, który często podkreślany był stosownym do obrazu wierszem haiku. 

fot. Małgorzata Klejnowska
Manggha to nie tylko muzeum, ale i galeria sztuki współczesnej, do odwiedzenia której zapraszam. Proszę wyobrazić sobie chodnik szerokości połowy ulicy Marszałkowskiej, którym idąc, trzeba się stale przeciskać przez gęsty tłum. Przez dwie godziny uda się przebyć najwyżej cztery kilometry. To obrazek z miasta, które liczy mniej niż 7 milionów mieszkańców, a więc na chińskiej liście najludniejszych miast jest poza pierwszą dziesiątką. Ścisk, tłok, prawdziwy gąszcz przeróżnych obiektów, to wybijający się na pierwszy plan motyw sztuki uprawianej przez Zhang Minjie, 57-letniego, chińskiego artystę, w którego dziełach naprawdę czuć natrętny, prawdziwy, artystyczny lęk przed pustką (horror vacui). Tak jednym zdaniem można scharakteryzować nową wystawę pt. Taniec duszy zainaugurowaną w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Galerii Europa - Daleki Wschód w ubiegłą sobotę. Prace Zhang Minjie budzą zachwyt i szacunek dla jego pracowitości i konsekwencji. Zhang uprawia grafikę, malarstwo, ale wyżywa się też jako rzeźbiarz, technik i rysownik. Twórcę inspiruje historia Chin, ale nie stroni od przedstawień współczesności. Dzieła artysty przyciągają, a wręcz hipnotyzują widzów, którzy nie mogą od nich oderwać wzroku.
Czaszka, 1986 olej na płótnie,
fot. Manggha

Jeśli już wspomniałem o wzroku, to warto było przeskoczyć  także do następnej sali muzeum, w której zaprezentowano ponad sto obrazów Jacka Sempolińskiego, nieżyjącego od pięciu lat artysty. Sempoliński malował w bardzo charakterystyczny sposób i twierdził, że jego obrazy same „patrzą” na widza, a te spojrzenia mogą być różne każdego dnia. Artysta używał fioletów i ciemnych błękitów, którymi malował często powtarzające się tematy: pejzaże ulubionych miejscowości, ale przede wszystkim czaszki, ukrzyżowania i twarze. Malarz często dziurawił i przecierał płótna swoich prac, co dodawało im dramatyzmu. Z jednym z obrazów dość długo wymienialiśmy spojrzenia, ale w końcu udało się zrobić fotkę.

Na koniec ciekawostka, na filmie przedstawiono sposób pakowania prezentów, w tym wypadku butelek, z użyciem tradycyjnej, japońskiej chusty Furoshiki. Warto spróbować. To też jest Manggha.

Kurzy się!