wtorek, 6 grudnia 2016

Trzy kawałki tortu

Chopiniana Bolero Chroma – popisy artystów Polskiego Baletu Narodowego w Warszawie.

Jubileusz dyrektora Krzysztofa Pastora stał się okazją do przygotowania przez zespól Polskiego Baletu Narodowego w Teatrze Wielkim Operze Narodowej specjalnego spektaklu. Przedstawienie składało się z trzech odrębnych części, na które złożyły się balety Chopiniana, Bolero i Chroma.

Plakat Adama Żebrowskiego na podst. 
zdjęcia z Chromy Wayne’a McGregora
 (Royal Ballet), fot. Bill Cooper
Pierwszy z nich to klasyczny balet romantyczny w choreografii Michaiła Fokina. Scenograficzne tło baletu stanowił wspaniały prospekt ogrodu romantycznego autorstwa Andrzeja Kreutz Majewskiego, wieloletniego scenografa Polskiego Baletu Narodowego. Na scenie widzowie podziwiali  tancerki w pięknych, tiulowych paczkach romantycznych i delektowali się widokiem tańczących duchów, driad, nimf wodnych i wróżek. Balet nie opowiadał żadnej historii, a istotą tego wspaniałego spektaklu był po prostu taniec i nastrój. Wśród tańczących, nieziemskich zjaw, pojawił się również Poeta (Dawid Trzensimiech), który szukał natchnienia w świetle srebrnego księżyca. Poetyckie poszukiwania znalazły swój finał w pięknym pas de deux z udziałem świetnej Dagmary Dryl.

Chopiniana to balet, którego siłę stanowi perfekcyjne wykonanie całego zespołu. Tancerki poruszają się po liniach prostych i powtarzają trudne kombinacje kroków, pozycji, póz i ruchów ciała. Mówi się o tym balecie: akademicki, co nie ma znaczenia pejoratywnego. To kwintesencja klasyki. Chodzi tylko o to, że taka sztuka broni się wyłącznie w przypadku perfekcyjnego wykonania. Każdy poważny zespół baletowy musi mieć w swoim repertuarze klasyczne pozycje. Bardzo dobrze się stało, że Chopiniana tańczą teraz artyści Polskiego Baletu Narodowego.

Drugą część wieczoru stanowiło Bolero w choreografii Krzysztofa Pastora do tytułowego utworu Maurice’a Ravela. Narastająca muzyka tego popularnego dzieła upodobniła się w myślach choreografa do rytmicznego brzmienia fabrycznych maszyn. Artysta umieścił akcję baletu na prostokątnym placu, być może na placu przed fabryką. Bolero Pastora tańczy wiele tancerek i tancerzy i tak jak w balecie klasycznym, kluczową sprawą było utrzymanie precyzji i zgrania całego zespołu. Z uwagi na wysoki poziom zaprezentowany w Warszawie, Bolero może stać się wizytówką Polskiego Baletu Narodowego. Zespół wypadł bardzo dobrze, a w partiach solowych uwagę przykuwała nienaganna, świetna i wyrazista Chinara Alizade, nagrodzona gromkimi owacjami przez widzów.

Ostatnim baletem była Chroma Wayne’a McGregora, wielkiej gwiazdy współczesnego baletu. Choreograf wypracował własny, rozpoznawalny styl tańca. Można powiedzieć, że ten artysta stworzył swój słownik ruchu. Jego balet jest rzeczywiście na wskroś nowoczesny. McGregor to charyzmatyczny artysta, który prowadzi w Anglii własne studio, a w swojej twórczości czerpie z dokonań naukowych z dziedziny biologii, a także wykorzystuje film i techniki komputerowe integrując taniec ze sztukami wizualnymi i muzyką. Nowoczesną choreografię Chromy uzupełniała absolutnie genialna, minimalistyczna scenografia Johna Pawsona podkreślona wspaniałym oświetleniem wykreowanym przez Lucy Carter. 

Taki jubileusz chciałby mieć każdy, ale mówiąc zupełnie serio, należy podkreślić, że zespół Polskiego Baletu Narodowego podołał zadaniu i pokazał w każdej z tych realizacji wysoki lub bardzo wysoki poziom artystyczny. O potencjale zespołu niech świadczy fakt, że Chopiniana, Bolero i Chroma są pokazywane praktycznie w dwóch różnych, pełnych obsadach i pomimo dostrzeganych od czasu do czasu drobnych błędów (zwłaszcza w balecie Chopiniana), spektakle prezentują wysoki poziom artystyczny. Obejrzenie takiego przedstawienia, to unikalna możliwość zapoznania się w ciągu dwóch godzin z historią światowego baletu. Warto wybrać się do Teatru Wielkiego Opery Narodowej, aby skosztować urodzinowego tortu Krzysztofa Pastora.

Kurzy się! 

środa, 30 listopada 2016

Antywojenny off-road

Nad Warszawą unoszą się dymy pożarów, trwają walki - premiera Matki Courage i jej dzieci Bertolda Brechta w reż. Michała Zadary w Teatrze Narodowym w Warszawie 


fot. T. Narodowy
w Warszawie
Michał Zadara, reżyser sztuki Matka Courage i jej dzieci Bertolda Brechta wystawionej w Teatrze Narodowym w Warszawie przeniósł akcję dramatu z siedemnastowiecznej Europy w nieodległą przyszłość, a na teren scenicznej wojny wybrał Warszawę. Sądząc z napisów na różnych elementach ekwipunku wojskowego, wojna Zadary ogarnęła kraje Unii Europejskiej oraz Rosję. Siłą rzeczy uwspółcześnieniu uległy także rekwizyty, w tym najważniejszy - wóz matki Courage. W Narodowym stał się nim stary model samochodu bardzo znanej, niemieckiej marki. Materiały wideo (Artur Sienicki) i niektóre elementy scenografii (Robert Rumas) okazały się kontynuacją koncepcji zaprezentowanej przez tych samych twórców w bardzo udanej realizacji Zbójców Friedricha Schillera. Przyznam, że oprawa plastyczna Zbójców wywarła na mnie jednak dużo większe wrażenie niż pokazane na scenie ruiny Warszawy oraz sekwencje wideo eksponujące zbliżenia twarzy bohaterów spektaklu podróżujących wozem matki Courage.

Danuta Stenka w tytułowej roli matki stanowiła prawdziwy napęd tego przedstawienia. Mocno i równo pchała je do przodu, tak jak jej bohaterka swój wóz. Artystka potrafiła w ciągu kilku sekund przeistoczyć się z hałaśliwej, twardej i sprytnej markietanki w czułą matkę. Humorowi wielu scen przeciwstawiała niezłe wykonania smutnych piosenek Paula Dessau. 

W interpretacjach wokalnych tego spektaklu zdecydowanie jednak na pierwszy plan wybiła się Ewa Konstancja Bułhak w roli Yvette. Artystka ma bardzo interesujący, o dużej rozpiętości skali głos, który bezbłędnie wykorzystała. To obok Danuty Stenki i kowbojskiej roli Arkadiusza Janiczka jako Kucharza trzecia, dobra kreacja tego spektaklu.

fot. T. Narodowy
w Warszawie
Matka Courage Bertolda Brechta stała się jedną z najbardziej znanych sztuk dwudziestego wieku. Czy Michałowi Zadarze udało się wycisnąć trochę świeżego soku z tej wielokrotnie użytej, antywojennej cytryny? Moim zdaniem tylko kilka kropelek, gdyż pomysł zamiany realiów Wojny trzydziestoletniej na współczesność nie wzbogacił znacząco tej inscenizacji, a oglądanie kolejnych scen dramatu, łudząco w tej realizacji podobnych do siebie i granych na tym samym poziomie emocji, było momentami nużące. Reżyser nie zdecydował się także na cięcia i trzeba było te swoje trzy godziny wysiedzieć, kręcąc się od czasu do czasu na fotelu. 

Podczas wojen największe ofiary ponoszą zawsze zwykli ludzie, tak jak Matka Courage, która straciła wszystkie dzieci. Zaprezentowana w spektaklu panorama zniszczonej Warszawy to apel, aby widzowie pamiętali o tym obrazie słuchając polityków nawołujących do opuszczenia Europy w imię iluzorycznych wartości oraz ocen moralnych użytych jedynie w celu zrównoważenia ich własnej niemocy. Czy na pewno wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to zabawa zapałkami nad beczką pełną prochu? 

Kurzy się!  

poniedziałek, 7 listopada 2016

Cała prawda o Alinie

Wagner, Chopin, Moniuszko? Nie! To muzyka Władysława Żeleńskiego na scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie!

Opery polskich kompozytorów: Kurpińskiego, Dobrzyńskiego, Moniuszki, Noskowskiego i Żeleńskiego nie są znane na świecie. Trudno, należy się już chyba z tym pogodzić, że konkurencja była i jest ogromna, ale dlaczego dzieła tych kompozytorów (z wyjątkiem Moniuszki) nie są popularyzowane i grane w Polsce? Tego nie wie nikt, na szczęście wystawienie Goplany, opery romantycznej w trzech aktach Władysława Żeleńskiego z librettem Ludomiła Germana na podstawie tragedii Juliusza Słowackiego Balladyna, w reżyserii Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Wielkim Operze Narodowej sprawia, że można mieć nadzieję na zmianę tej sytuacji.

Prapremiera opery miała miejsce 23 lipca 1896 roku w Krakowie. Dzieło i kompozytor zebrali bardzo dobre recenzje. Takie same były reakcje krytyków po premierach w największych metropoliach ówczesnej Polski, we Lwowie i Warszawie. Czy twórcom współczesnej, warszawskiej premiery w Teatrze Wielkim Operze Narodowej udało się nawiązać do tej chlubnej tradycji? Zdecydowanie tak, chociaż realizacja pozostawiła lekkie uczucie niedosytu. 

Muzyka Żeleńskiego była świetna, przemyślana, bogato, nowocześnie i wspaniale zinstrumentowana! W Goplanie wybrzmiewały fantastyczne fragmenty inspirowane dziełami Wagnera, Chopina i Moniuszki. Kompozytor potrafił doskonale podkreślić liryzm i dramatyzm losów bohaterów. Jego muzyka pełniła wspaniale rolę ilustracyjną. Warto zwrócić także uwagę na jej zróżnicowany charakter służący opisowi trzech światów : bogini jeziora Goplany, rycerskiego dworu Kirkora oraz włościańskiego, Grabca. Piękno tej muzyki potrafiła w pełni zaprezentować, a nawet uwydatnić świetnie dysponowana orkiestra T.W.O.N. pod batutą Grzegorza Nowaka. Orkiestra grała znakomicie i jak zwykle, idealnie eksponowała solistów. 

fot. Krzysztof Bieliński
Poziom artystyczny całej obsady tego spektaklu był bardzo wysoki. Wszystkie role zostały zaśpiewane dobrze albo bardzo dobrze. Nie mogę jednak oprzeć się pokusie, aby wybrać kreacje, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Małgorzata Walewska (mezzosopran dramatyczny) zagrała Wdowę. Wspaniałemu głosowi towarzyszyła równie znakomita gra aktorska. Czuło się w jej śpiewie pewność i moc, a scena, w której jako matka zdecydowała się wskazać na własne dziecko jako na morderczynię, była naprawdę dramatyczna. Świetny występ! Kolejni artyści, którzy zwrócili uwagę widzów, to Edyta Piasecka (sopran, Goplana) oraz Rafał Bartmiński w roli Grabca (tenor). Artystka zademonstrowała chłodne dostojeństwo leśnej bogini, ale również drapieżną i zazdrosną miłość. Partie Goplany były bardzo trudne, o dużej rozpiętości skali, ale artystka wypadła fantastycznie! Rafał Bartmiński w roli wiejskiego chłopca śpiewał jak złoto, lekko, bez maniery i ze swadą. Zagrał bardzo wiarygodnie historię nieco naiwnego, ale pewnego siebie młodzieńca, który został wciągnięty przez nimfy w miłosną intrygę. Z pewnością na wyróżnienie zasługuje również kreacja Mariusza Godlewskiego, który reprezentował świat rycerski jako Kostryn (baryton). Była to iście szekspirowska rola, w której artysta pięknie śpiewając zademonstrował dramatyczne rozdarcie pomiędzy lojalnością w stosunku do Kirkora, a miłością do Balladyny. 

Janusz Wiśniewski nie zaskoczył widzów stylem swojej reżyserii, scenografią i kostiumami, ale wywołał niepokój wprowadzając pewne uwspółcześnienia w fabule opery. Dotyczy to relacji Aliny (Katarzyna Trylnik) i Balladyny (Wioletta Chodowicz). Reżyser zaproponował widzom Alinę jako wyrachowaną, w istocie wredną siostrę, która swoim zachowaniem prowokowała Balladynę! Dzięki temu zabiegowi obie postaci stały się wielowymiarowe i bliższe współczesności.

fot. Krzysztof Bieliński
Lubię stylistykę Janusza Wiśniewskiego, która jest bardzo teatralna i plastyczna. Aktualnie w Warszawie, w jego reżyserii, na deskach teatru Ateneum można obejrzeć zbieżne plastycznie z realizacją Goplany przedstawienie Dziewic i Mężatek Moliera, w przekładzie syna kompozytora Goplany, Tadeusza. W przypadku tej opery jednak liczyłem na coś ekstra. Możliwości techniczne warszawskiej sceny operowej są ogromne, a jednak reżyser nie zdecydował się na bardziej spektakularną prezentację niektórych scen. Uczucie niedosytu pogłębione było również przez fakt, że Goplana rzadko gości na scenach teatrów operowych, a więc jeśli już była w programie, to chciałoby się, żeby to była realizacja szczególnie efektowna.

Nie mam jednak prawa narzekać, spektakl był interesujący, a na scenie działo się bardzo dużo, co więcej, dzięki specjalnej, tematycznej platformie internetowej, wszyscy miłośnicy opery w Europie mogli  zobaczyć transmisję spektaklu na żywo!

Zwiastun spektaklu:

Kurzy się!

piątek, 4 listopada 2016

Teatr dawny Antoniego Libery

Taśmy z nagraniami Andrzeja Seweryna ujawniono w Warszawie! 

KRAPP i dwie inne jednoaktówki Samuela Becketta w reż. Antoniego Libery w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. 

fot. Krzysztof Bieliński
Powstanie jednoaktówek Samuela Becketta: Ostatnia taśma, Fragment dramatyczny II oraz Impromptu "Ohio" dzieliło dwadzieścia trzy lata, ale reżyser Antoni Libera trafnie zestawił je w jedno przedstawienie. Trzy części spektaklu wiązały wspólne motywy, którymi były rozbiór człowieczego losu i pytanie o uchwycenie i analizę sensu ludzkiego bytu. We Fragmencie dramatycznym II śledcze badanie przeprowadzili audytorzy, którzy reprezentowali najprawdopodobniej to Najważniejsze, Gwiezdne Biuro. Andrzejowi Sewerynowi grającemu inspektora A sekundował dzielnie w śledztwie Antoni Ostrouch (B). Obiektem zainteresowania tych, jak się okazało, bezdusznych, żywcem wyjętych ze współczesnej korporacji cynicznych biurokratów, był pan Croker. Beckett obdarzył bohatera wieloznacznym imieniem, które mogło oznaczać zarówno żabi rechot, jak i zabijanie (to croak). I rzeczywiście, oba znaczenia tego słowa pasowały do tej marnej postaci, która stała na parapecie otwartego okna, sześć pięter nad ziemią. 

W tym samym czasie konsultanci dokonywali sądu nad Crokerem. Nie pominęli żadnych szczegółów, badali temperament, charakter i przeszłość potencjalnego samobójcy. Ekipa śledcza była profesjonalnie przygotowana, analizowała zapisy z grubych teczek, w których zebrano dokumentację i zeznania świadków na temat finansów, porywów serca i sumienia Crokera. Okazało się, że w oczach bezdusznych agentów nie znalazły uznania żadne okoliczności łagodzące. Ani fakt, że Croker był niespełnionym pisarzem, ani to, że miał liczne fobie, na przykład nie znosił głosów ptaków oraz fakt, iż miał ciężkie dzieciństwo. A przecież cierpiał także na chroniczne bóle głowy! Wyrok? Niech skacze! 

Inspektor A chcąc dokonać ostatniej obdukcji wskoczył na parapet okienny, a widzowie wstrzymali oddech, bo była to niepokojąco rzeczywista imaginacja zachwiania się i niemalże upadku z szóstego piętra! Będąc tuż przy Crokerze został jednak zaskoczony, tak jak to bywa u Becketta, publiczność musiała sama ocenić niejednoznaczną scenę: co agent dostrzegł w twarzy Crokera? Łzy, ironiczny uśmiech, czy po prostu pustkę oczu bez życia?  

fot. Krzysztof Bieliński
Druga część, Ostatnia taśma to wielkie, aktorskie wyzwanie. Krappa grali tacy mistrzowie jak Łomnicki i Zapasiewicz, a więc Andrzej Seweryn wraz z Antonim Liberą musieli zastanowić się, jak pokazać tego bohatera, aby nie popaść we wtórność, a jedynie być może poprowadzić dialog z tymi historycznymi interpretacjami. Udało się to znakomicie. Krapp Seweryna został dzikim, nieco zdziwaczałym, pełnym wigoru i zniecierpliwienia starcem. To była nowoczesna interpretacja wolna od mentorstwa, przydługich pauz, kipiąca dynamiczną mową ciała. Seweryn wydobył na powierzchnię liczne akcenty komediowe. Szalał pośród pudełek z własnymi nagraniami, niczym bohater groteskowej afery taśmowej! Wszystko to udało się zaprezentować nie uwalniając się od rygorów formalnych narzuconych przez reżysera wiernego Beckettowi.

Ostatnia część teatralnego tryptyku z Teatru Polskiego to ciche i skupione na tekście Impromptu "Ohio". Ten utwór podsumował obie prezentacje opowieścią, którą zapisano w scenicznej księdze. Delikatny rytm słów epilogu odczytywanych przez starca – Seweryna, uwypuklały perkusyjne uderzenia dłoni o blat stołu, bliźniaczej starcowi postaci lub jego duszy. Impromptu, to słowo zanurzone w teatrze, ale także w muzyce, a więc rytmiczne powtórki utworzyły refren tej opowieści. Opowieści o przemijaniu, ale także o tym, że jedynym, co po nas zostanie będzie tylko to, co napiszemy lub nagramy. 

Antoni Libera przygotował spektakl teatralny w taki sposób, w jaki artyści nurtu authentic performance wykonują muzykę dawną. Reżyser wiernie odtworzył pierwotne ramy zbudowane przez dramaturga i wypełnił je teraźniejszą grą aktorską. Czy można uznać taką wypowiedź artystyczną za współczesną? Takie rozumienie sztuki ma swoich zwolenników. Jest ich niewielu, ale Libera zdaje się mówić: dzieła Becketta są kompletne. Wynalazcze i charakterystyczne dla zjadającego swój ogon postmodernizmu wywracanie ich na „lewą stronę” nie przyniesie nic twórczego! Trzymajmy się dorobku starej, dojrzałej, europejskiej kultury!

Idąc tropem śladów z Mrożkowej Rzeźni, nie mam wątpliwości, że pop-wątróbka zwycięży, przynajmniej na jakiś czas, może nawet na długo, ale sztuka wysoka jednak pozostanie. To nic, że dla garstki wybrańców. Teatr dawny Antoniego Libery jest potrzebny. Będzie potrzebny.

Zwiastun spektaklu:


Kurzy się!

sobota, 29 października 2016

Lepiej już było, nie tylko w ZUS

Zgasły światła rampy, a więc utalentowana babcia wzięła się za inną robotę!  

Pięćdziesiąt lat pracy i 1400 zł emerytury! – narzekał ostatnio jeden z krakowskich gwiazdorów piosenki w rozmowie z dziennikarzem poczytnej gazety. Okazuje się, że problem niskich emerytur artystów znany jest również za oceanem. Ten fakt zaowocował napisaniem przez Cat Delaney komedii opisującej losy amerykańskiej, emerytowanej aktorki szekspirowskiej. Sztukę wyreżyserował w warszawskim Teatrze Współczesnym Wojciech Adamczyk, aktor i doświadczony reżyser komediowy znany z takich produkcji jak film Ranczo Wilkowyje i serial Ludzie Chudego.

fot. Marta Ankiersztejn
Zdesperowana niską wysokością swojej emerytury Esmeralda Quipp grana przez Martę Lipińską wzięła sprawy w swoje ręce, a jej przygody złożyły się na zasadniczy wątek komedii. W związku z tym widzowie mieli okazję uczestniczyć w pogrzebie kota, posiedzieć w towarzystwie prostytutek w areszcie nowojorskiej policji oraz być świadkami napadu na Bank. A wszystko to zostało okraszone żartami, śmiesznymi sytuacjami oraz licznymi cytatami z Szekspira!

W spektaklu brylowała Marta Lipińska, która odniosłem wrażenie, ze sceny na scenę rozgrzewała się i nabierała tempa, chociaż komedia trwała bite dwie godziny! Do jej wysokiego, aktorskiego C dopasowały się zwłaszcza dwie artystki Współczesnego: Joanna Jeżewska (Penelopa Farthingale), która barwnie i z temperamentem zaprezentowała nieco wulgarną, ale sympatyczną postać nowojorskiej ulicznicy oraz idealnie obsadzona w roli sędziny Julius Agnieszka Pilaszewska, której na sali sądowej uległby każdy adwokat, nie wspominając o świadkach oraz dziennikarzach piszących pitavalowe recenzje.

Po opadnięciu kurtyny widzowie na stojąco nagrodzili wszystkich artystów rzęsistymi brawami, a szczególnie Martę Lipińską, dziękując za udany wieczór, który przyniósł wiele szczerych uśmiechów, ale również chwile zadumy nad przemijaniem i sytuacją ludzi w starszym wieku.

Lepiej już było (trailer)


Kurzy się!