środa, 28 stycznia 2015

Wilk i jeleń.

Dzień był piękny. Powietrze było mokre, ale rześkie. Wędrowałem przez cichy, zimowy las. Doszedłem do bramy rezerwatu pokazowego. Nie zauważyłem żadnych zwiedzających, ani nikogo z pracowników obsługi. Kroczyłem główną aleją i kolejno przyglądałem się zwierzętom na wybiegach. Dotarłem do zagrody wilka. Postałem chwilę i wkrótce go dostrzegłem. Krążył w odległości około pięćdziesięciu metrów, leniwie stąpając swoim wilczym, lekkim krokiem wzdłuż przeciwległego ogrodzenia. 

Fot. Krzysztof Stasiaczek
Dzielił nas spory, świerkowy zagajnik. Poszedłem ścieżką w stronę drewnianego tarasu widokowego. Po dojściu do wybranego miejsca okazało się, że wilk przemieścił się dokładnie do punktu, w którym wcześniej stałem. Zamieniliśmy się pozycjami wzdłuż przekątnej prostokątnego wybiegu. Postanowiłem wrócić i cichutko zsunąłem się na ścieżkę. Doszedłem do miejsca, w którym rozpocząłem obserwację. Wilk także wykonał manewr, tyle że w niezauważalny sposób.

Stał teraz przy tarasie widokowym w miejscu, gdzie sterczałem jeszcze minutę wcześniej. Patrzył na mnie. Nie czułem jego strachu, był raczej zaciekawiony, czy przyjmę zaproszenie do dalszej zabawy w chowanego. Pokonany i zrezygnowany poczłapałem w stronę wyjścia.

Po chwili trafiłem na zagrodę, w której był jeleń z grupą łań. Byk miał piękne, duże poroże i nienaganną sylwetkę. Gdy mnie zobaczył, podbiegł do ogrodzenia. Przesunąłem się kilka metrów. Przybliżył się do miejsca, w którym stałem. Stękał i charakterystycznie pobekiwał.*.

Zdawało się, że nie dostrzegał dzielącego nas płotu. Przyspieszyłem wzdłuż ogrodzenia, a jeleń dotrzymał mi kroku. Zwolniłem, a zwierzę zwolniło także. Zatrzymałem się i popatrzyłem mu w oczy. Jeleń prychnął, wydał kilka chrapliwych beknięć, opuścił łeb i przywalił rogami w drewniane ogrodzenie.

Nie zawsze można grać w taką grę, w jaką się chce.
Aby dobrze wypaść, czasami należy pohałasować, waląc nawet własną głową o drewniany płot.

*pomruk jelenia ze strony myśliwskiej p. Andrzeja Otrębskiego.

Kurzy się!

środa, 14 stycznia 2015

"Szczury" w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Maja Kleczewska sięgnęła po "Szczury" Gerharta Hauptmanna, tragikomedię niemieckiego noblisty wystawioną po raz pierwszy w 1911 roku w Berlinie. Sztuka opisywała mieszczańską i proletariacką problematykę społeczną podaną w sposób naturalistyczny, a stylem tkwiła w niemieckim teatrze ekspresjonistycznym, co sumiennie zachowała i zaakcentowała reżyserka rezygnując częściowo z realistycznej scenografii, włączając do spektaklu sekwencje filmowe, operując umiejętnie  światłem (Wojciech Puś) i przygotowując efekty, które niekonwencjonalnie pobudzały emocje widzów. (Piana)

fot. Magda Hueckel
Kleczewska przeniosła akcję sztuki do współczesnej Warszawy, a mieszczan i robotników niemieckich zastąpiła obrazem polskiej klasy średniej, która nie potrafi, nie chce i nie umie współistnieć z pracującymi w Polsce Ukraińcami, których w spektaklu symbolizowała Paulina zinterpretowana świetnie przez Karolinę Adamczyk. Artystka idealnie opanowała ukraiński akcent i melodię języka. Ta stylistyka nie ograniczyła jej w żadnym stopniu w zaprezentowaniu pełnej palety uczuć i emocji.

Mocnym punktem spektaklu była także kreacja Michała Czachora (Bruno) zagrana refleksyjnie, nieco tradycyjnie, co w tym przypadku jest pochwałą warsztatu artysty, grającego spokojnie i z dystansem.

Po obejrzeniu przedstawienia czułem jednak niedosyt. Część scen była po prostu słaba i niezrozumiała, zwłaszcza w drugiej części spektaklu, gdzie emocje i symbolika dosłownie pęczniały w pianie w postępie geometrycznym. Odniosłem wrażenie, że nie zostały przepracowane na próbach w takim stopniu, jak te z pierwszej części. Dodatkowo, realizatorzy czasami nie panowali nad dźwiękiem, zdarzały się momenty, w których muzyka zagłuszała aktorów, albo artyści nie byli słyszani bądź odwrotnie, słychać było ich za głośno. Wszyscy używali mikrofonów przenośnych.

Fot. Magda Hueckel
Myślenie o Ukraińcach jak o ludziach drugiej kategorii, którzy powinni "uczyć się" od nas pracowitości, zaradności i kultury jest bardzo powszechne. Słowo Ukrainka stało się synonimem sprzątaczki. Wielu Polaków czuje się ludźmi lepszymi od Ukraińców tylko dlatego, że u nas są inne warunki życia. Ukraińskie kobiety są traktowane przedmiotowo, wykorzystywane, a zdarza się, że również molestowane. 

Część kompromitujących, scenicznych wypowiedzi była cytatem z wystąpień publicznych tzw. autorytetów z cierpko komentowanej Warszawki, co oznacza, że ludzie od których wymagamy refleksji nie dostrzegają problemu.

Sztuka w reżyserii Mai Kleczewskiej rzeczywiście "wtrąca się" jak obiecywał Paweł Łysak. Czekam jednak na więcej.

Kurzy się!

czwartek, 1 stycznia 2015

Włoska robota.


"Kupiec wenecki" Szekspira w reż. Aldony Figury, w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. 

Nie jest to współcześnie najpopularniejsza sztuka Szekspira, między innymi dlatego, że tematem głównym spektaklu jest skrajny antysemityzm. Autor sztuki nie wahał się, po której stronie stanąć, oczywiście po stronie szlachetnie urodzonych Włochów, którzy pod koniec przedstawienia z zimną krwią mordują Żyda-lichwiarza, co nie przeszkodziło im później świętować happy end-u, czyli podwójnego ślubu oraz przyjąć błogosławieństwa, którego udzielił Antonio (Zdzisław Wardejn).

Aldona Figura (reżyseria) ograniczyła się do przedstawienia prostej fabuły tego dramatu. Nie dokonała żadnej reżyserskiej interpretacji, w konsekwencji oglądałem sztywne i akademickie wykonanie. Reżyserka nie odcisnęła na tym przedstawieniu własnej pieczęci. Aktorzy grali przechadzając się po scenie, brak było koncepcji ruchu scenicznego, a sztuka była monotonna i jednostajna, co nużyło widzów.

mat.Teatru Dramatycznego
Na tym tle bardzo dobrze wypadła dwójka artystów. Lichwiarza, Żyda Shylocka znakomicie zagrał Andrzej Blumenfeld. Artysta pokazał pełen profesjonalizm, świetnie akcentował swoje kwestie, posiadł sztukę emisji głosu, dykcji i mimiki w najwyższym stopniu. Widzowie dzięki temu rozumieli i czuli wszystko, co miał do przekazania, czego nie da się powiedzieć o pozostałych artystach będących tego dnia na scenie.

Kolejnym jasnym punktem tej inscenizacji była rola Porcji zagrana przez Martynę Kowalik. Artystka świetnie wydobyła wszystko, co było tylko możliwe z postaci posłusznej woli ojca, dobrej córki. Przy okazji zaprezentowała wdzięk i urodę, które rozjaśniły ten w istocie nie komediowy, a smutny spektakl, któremu nie pomogła również scenografia (Aneta Suskiewicz).

Dekoracje przeniosły widza w metaloplastyczny, postindustrialny krajobraz, który z braku wizji interpretacyjnej nie mógł wesprzeć inscenizacji, nie kojarzył się też z Wenecją, ani z czasami autora sztuki.

Jednym z podstawowych zarzutów formułowanych przez Szekspira w stosunku do Żyda było pożyczanie pieniędzy na procent. Istotnie, w tamtych czasach było to grzeszne i mocno na cenzurowanym. (więcej o tym: "Kuchennymi schodami i za pieniądze" ). Teraz, nie jest to już argument, który rozumieją widzowie teatralni bombardowani codziennie reklamami firm pożyczkowych umieszczanymi o zgrozo, w państwowej telewizji (!). Czyż realizująca misję publiczną telewizja nie powinna umieszczać tam zamiast tych reklam programów edukacyjnych uczących rozsądnego oszczędzania?

I proszę, w nieświadomy sposób przeskoczyłem do dyskusji o współczesności, dając nie- spodziewany dowód na nieprzemijający geniusz mistrza ze Stratfordu. 

Kurzy się!


wtorek, 23 grudnia 2014

Święta



Drodzy Goście, którzy zaglądacie tu regularnie oraz od czasu do czasu!






Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego, nowego roku życzę Państwu wielu teatralnych wzruszeń, a także satysfakcji i przyjemności z obcowania ze sztuką. 


Dyziek Kurz





Kurzy się!
Icons designed by Manuela Langella

sobota, 13 grudnia 2014

Rewizor bywa i u nas.

Rewizor Nikołaja Gogola w reż. Nikołaja Kolady w Teatrze Studio w Warszawie.

To co nie udało mi się podczas listopadowego festiwalu Nikołaja Kolady w Teatrze Studio w Warszawie nadrobiłem teraz, na początku grudnia i obejrzałem głośnego Rewizora „na błocku”.
I co?
I bardzo mi się spodobał.

Kolada był mocno obecny w całym przedstawieniu,  odcisnął swoje piętno – był reżyserem, opracował spektakl muzycznie i zaproponował koncepcję scenografii i kostiumów. Wszystkie te elementy dobrze zagrały i pomogły artystom zaprezentować aktorski kunszt na scenie.

Artyści z Teatru Studio przygotowali i zaprezentowali to przedstawienie lekko, jak gdyby bez wysiłku, a jednocześnie z emocjami i przekazem symbolicznym. W efekcie powstała sztuka kompletna.

fot. Krzysztof Bieliński
Warto podkreślić naprawdę dobrą i równą grę całej obsady. Na tym dobrym tle wyborowo zaprezentował się młody Eryk Kulm (Chlestakow), który pomimo braku doświadczenia świetnie zagrał urzędniczynę - łgarza z Petersburga. Podobał mi się szczególnie w brawurowo zagranym monologu z aktu III-ego, w którym przechwalał się, iż jest potężną figurą w Petersburgu i że z samym Puszkinem jest za pan brat!

Bezkonkurencyjny był także duet obywateli: Łukasza Simlata (Bobczyński) oraz Modesta Rucińskiego (Dobczyński). Simlat zaprezentował znakomicie komizm, a jednocześnie romantyzm ludzi wschodu. Wykazał się też kapitalną sprawnością fizyczną.

Moim obowiązkiem jest też poinformować o kolejnej udanej roli Łukasza Lewandowskiego, który w charakterystyczny dla siebie sposób przedstawił typ urzędnika, który był ogarnięty niegroźnym, zwiewnym szaleństwem. (Zjemlanika).

Siłą rzeczy najmocniejsze odwołania spektaklu zanotowałem w stosunku do Rosji, ale sztuka nie straciła nic z przekazu uniwersalnego, bo przecież każdy z nas musi powitać od czasu do czasu swojego rewizora.  Jeśli znasz takie sytuacje, a w sercu odczułeś kiedyś ukłucie upokorzenia, a nawet  poniżenia, to witam w klubie i zapraszam na spektakl do pomocy świetnej w tym przedstawieniu Dorocie Landowskiej (żonie Horodniczego, Annie) i do wspólnego, głośnego krzyku: - Miszka!!!

Kurzy się!