środa, 19 listopada 2014

Krzysztof Warlikowski wreszcie będzie miał swój wymarzony, artystyczny dom!

Rusza budowa Międzynarodowego Centrum Kulturalnego Nowy Teatr.

W obecności Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Małgorzaty Omilanowskiej oraz Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz 19 listopada 2014 odbyła się w siedzibie Nowego Teatru przy ulicy Madalińskiego w Warszawie konferencja prasowa poświęcona rozpoczynającej się budowie Międzynarodowego Centrum Kulturalnego Nowy Teatr.

wizualizacja: FAMA agencja reklamowa
Najważniejszym elementem budowy finansowanej przez Fundusz Norweski i Fundusze EOG dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w wysokości 19 mln zł oraz przez Miasto Stołeczne Warszawę (11 mln zł) będzie przebudowa zabytkowej, modernistycznej hali warsztatowej i przeobrażenie jej w wielofunkcyjną przestrzeń wykorzystywaną do realizacji widowisk oraz pokazów o różnym charakterze. Otwarcie Centrum planowane jest jesienią 2015 roku.

wizualizacja: Łukasz Kwietniewski
Nowy Teatr będzie dysponował dużą salą teatralną, która będzie przypominała studio filmowe, mobilnymi sceną i widownią na 400 osób, salą prób, dwukondygnacyjnym zapleczem artystycznym z garderobami i charakteryzatornią oraz obszernym foyer. Wokół Centrum powstanie strefa plenerowa, która będzie miejscem na instalacje artystyczne.

wizualizacja: Łukasz Kwietniewski

Krzysztof Warlikowski, który nie mógł być obecny na konferencji nagrał swoje wystąpienie, w którym dziękował wszystkim twórcom i realizatorom projektu, który jest spełnieniem marzeń artystów i widzów Nowego Teatru.

Dramaturg teatru Piotr Gruszczyński zdradził, że na dzień otwarcia planowana jest premiera sztuki w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego będącej adaptacją cyklu powieściowego Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Kurzy się!

poniedziałek, 17 listopada 2014

1496 butelek lekarstwa

„Kto się boi Virginii Woolf?” Edwarda Albee w reżyserii Marii Spiss w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie.

Edward Albee napisał tę słynną i nagradzaną sztukę ponad pięćdziesiąt lat temu. Obawiałem się, czy czas nie odciśnie swojego piętna na tym dziele i czy studiowanie żywota Św. Wojciecha ukazanego na katedralnych, dwunastowiecznych drzwiach gnieźnieńskich nie będzie jedynym gwoździem programu i największą atrakcją kulturalną pobytu w deszczowym tego dnia Gnieźnie. Ale nie!
Okazało się, że sztuka dzięki zręcznej reżyserii Marii Spiss oraz współczesnemu tłumaczeniu Jacka Poniedziałka obroniła się i nie trąciła myszką.

fot. Dawid Stube
Scenografia (Łukasz Błażejewski), składała się z kilku witryn z tysiąc czterysta dziewięćdziesięcioma sześcioma (!) pustymi butelkami przeznaczonymi na alkohol, które czyściutkie i kolorowe oraz efektownie oświetlone dawały do zrozumienia publiczności, że katalizatorem wydarzeń tego wieczoru w mieszkaniu Georga (Bogdan Ferenc) i Marthy (Małgorzata Łodej – Stachowiak) będzie alkohol. Alkohol, który miał być lekarstwem na depresję i ich chorobę polegającą na obawie przed życiem bez iluzji. Z przypomnienia drugiego ważnego czynnika katalitycznego, którym pięćdziesiąt lat temu był dym z papierosa, na szczęście w tej kameralnej inscenizacji zrezygnowano.

Przedstawienie miało odpowiednie tempo, a z łamańcami intelektualnymi i językowymi zaproponowanymi przez autora i tłumacza świetnie radziła sobie dwójka artystów grających główne role. Warto zaakcentować interesującą kreację Małgorzaty Łodej – Stachowiak, która na początku wydawała się nieco usztywniona, ale z minuty na minutę stawała się coraz bardziej naturalna i rozgrzewająca nie tylko dla Nicka (Maciej Hązła), ale i dla widowni. Z humorem i wdziękiem zaprezentowała się Anna Pijanowska (Skarbie), która zgrabnie lawirowała po scenie z nieodłącznym rekwizytem, którym była butelka brandy.

Sztuka wzbudzała pięćdziesiąt lat temu kontrowersje z uwagi na wulgaryzmy i bardzo czytelne aluzje seksualne. Dzisiaj ordynarne słownictwo oraz seks są na porządku dziennym, a problemy obu par nie stanowiłyby współcześnie żadnego tabu. Widzowie mogą je odnaleźć nawet w przedpołudniowych, telewizyjnych telenowelach.

Dlaczego wypada więc odwiedzić Teatr im. Fredry w Gnieźnie i obejrzeć spektakl „Kto się boi Virginii Woolf?” Przynajmniej z dwóch powodów: powinno się zobaczyć arcydzieło gatunku, bo takich scenariuszy już się nie pisze i nie będzie pisywało, a także z powodu emocji, które stały się udziałem kompletu widowni dzięki solidnej pracy artystów tworzących spektakl. 

Kurzy się!

sobota, 11 października 2014

Apokalipsa w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze

Liczyłem na to, że Apokalipsa w reżyserii Michała Borczucha wystawiona w Nowym Teatrze w Warszawie będzie przysłowiowym kijem włożonym w mrowisko. Wielki tytuł i wielcy bohaterowie: z jednej strony wizjoner, mocarz kultury, ale i obyczajowy skandalista oraz quasi-komunista Pier Paolo Pasolini (Krzysztof Zarzecki), z drugiej Oriana Fallaci (Halina Rasiakówna) pomnikowa dziennikarka, a raczej pisarka, mocno skrytykowana w 2001 roku za jej „Wściekłość i dumę”, w której sponiewierała islam przewidując realną wojnę ze światem Zachodu, a z trzeciej zabłąkany Kevin Carter (Jacek Poniedziałek), zdobywca nagrody Pulitzera w 1994 roku za zdjęcie, na którym uchwycił umierającą z głodu dziewczynkę w Sudanie, który z bliska podglądał okrucieństwa wojen i nędzę w Afryce.

Kija nie wsadzono, spektakl toczył się spokojnie, miejscami, aż za spokojnie, chociaż  z przyjemnością podkreślam, że okraszono go kilkoma dobrymi scenami.

fot. Magdalena Hueckel
Pierwsza, która zwróciła moją uwagę to ta, w której Jacek Poniedziałek cytował autentyczny list pożegnalny reportera, który popełnił samobójstwo. Poniedziałek zrobił to w taki sposób, że wywołał szczery uśmiech na twarzach widzów. Ten tekst, w gruncie rzeczy nie był śmieszny, dlaczego jednak było wesoło? Było to skutkiem zrelatywizowania poczucia humoru widowni w obliczu pokazywanego na zdjęciu, skrajnego nieszczęścia. Uzyskano w ten sposób bardzo interesujący rezultat.

Moje wyróżnienie należy się także Marcie Ojrzyńskiej, która świetnie ozdobiła swoim monologiem opis zdjęcia Cartera oraz znakomicie  wypadła w scenach na planie filmowym. 

Podobał mi się także Marek Kalita, który zagrał zapatrzonego w Pasoliniego dziennikarza, spijającego słowa z jego ust i niejednokrotnie sprawiającego wrażenie, że ich w istocie nie rozumie. Cóż, postać zagrana przez Krzysztofa Zarzeckiego wyprzedzała artystycznie swoje czasy, a zniecierpliwienie brakiem zrozumienia oraz widoczne w interpretacji Zarzeckiego pogodzenie się z tym, że on, Pasolini już nic nie zmieni na tym świecie było czytelne i wyczuwalne. Był to ostatni wywiad Pasoliniego.

Dodam jeszcze do kompletu eleganckiego, o świetnym ruchu scenicznym artystę: Piotra Polaka, który najlepszy był w scenach, kiedy grał oddanego Orianie sekretarza. Zabawnie wypadła także zaskakująco poprowadzona scena seksu z Martą Ojrzyńską.

fot. Magdalena Hueckel
Artystom w stworzeniu odpowiedniego nastroju bardzo pomagała ekstatyczna muzyka Bartosza Dziadosza.

Dobrą grę aktorską pociągnęła w dół niespójna fabuła. Poszczególne wątki splatały się w przypadkowy sposób. Włączenie w tok wydarzeń scenicznych współczesnego motywu morskich ucieczek emigrantów afrykańskich na włoską wyspę Lampedusę niczego nie wniosło do sztuki, a jedynie niepotrzebnie ją przedłużyło.

Pasoliniego, Fallaci i Cartera bez względu na postawy życiowe i różne charaktery łączyła artystyczna wrażliwość, która pozwalała im dostrzegać i symbolicznie piętnować w swoich dziełach apokaliptyczne zło współczesnego świata. 

Okrucieństwo, fanatyzm i wszechobecny sposób wartościowania przez pryzmat pieniądza w doskonałej, zmodyfikowanej przez globalizm i wynalazki cyfrowe formie wciąż istnieją, a nawet mają się coraz lepiej. Trawestując Orianę można powiedzieć, że paradoksalnie: im wyższy jest poziom kultury, tym łatwiej otrzymać cios. Ciągle należy o tym przypominać i dobrze, że tak interesujący temat pojawił się w inscenizacji w Nowym Teatrze.


Kurzy się!

poniedziałek, 1 września 2014

Oklaski z brzucha wieloryba

Pinokio Carla Collodiego w adaptacji Joëla Pommerata w reżyserii Anny Smolar w Nowym Teatrze w Warszawie. 

Nowy Teatr rozpoczął sezon Pinokiem Carla Collodiego wg adaptacji  współczesnego artysty francuskiego Joëlla Pommerata. Spektakl wyreżyserowała Anna Smolar. Obawiałem się, czy brak doświadczenia aktorów w pracy z dziecięcą widownią nie przeszkodzi w nawiązaniu dobrego kontaktu z dziećmi. Okazało się, że artyści potraktowali tę publiczność bardzo poważnie i wkładając dużo serca w grę, potrafili zjednać sobie pociechy i dorosłych.

Nowy Teatr Pinokio fot. Magda Hueckel
Ciekawy pomysł inscenizacyjny reżyserki pozwolił na pokazanie Pinokia jako postaci , która nie jest jednowymiarową. Bardzo składnie na scenie funkcjonował ciekawy dwugłos zaprezentowany przez Dominikę Knapik i Magdalenę Popławską. Obie artystki w bardzo przekonujący sposób prezentowały zarówno fizyczność, jak i duchowe rozterki niepokornego, drewnianego łobuziaka.





Każdy znalazł w tym przedstawieniu coś dla siebie, pękałem ze śmiechu, kiedy Zygmunt Malanowicz grając łotra roztaczał fantastyczną wizję błyskawicznego pomnożenia pieniędzy, młodzież z zazdrością chłonęła koncertowe brzmienie duetu twórczyń muzyki: Natalii Fiedorczuk i Karoliny Rec, a najmłodsi z kolei bardzo przeżywali pobyt w brzuchu wieloryba, gdzie znakomita wizualizacja Filipa Zagórskiego wywierała rzeczywiście ogromne wrażenie.

Spektakl miał wartkie tempo i był interesujący dla bardzo wymagającej, najmłodszej publiczności. Bez nachalnej dydaktyki wprowadził przedstawicieli kolejnego pokolenia w historię perypetii drewnianego pajacyka oraz pozwolił poczuć piękno i magię prawdziwego, artystycznego teatru.

 Kurzy się!

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Aktorstwo - ulotne tu i teraz, przeżywane z siłą pierwszego razu i to w dodatku przy kimś.

Aby rozgryźć dzieło artysty, warto wcześniej nieco popracować. Biografia twórcy, jego dokonania i najważniejsze momenty kariery, kontekst wcześniejszych prac i artystycznego dialogu z klasyką bądź awangardą gatunku oraz jego zaangażowanie w sprawy społeczne – znajomość tych faktów zawsze pomaga w przygotowaniu do odbioru dzieła. Oczywiście możliwe jest obcowanie ze sztuką bez tej fatygi, ale wtedy będzie dostępny jedynie pierwszy, intuicyjny poziom interpretacji, bez perspektywy pełnego zrozumienia. Pozostawiam na boku takie odczucia jak wzruszenie i emocjonalne poruszenie widza, które nie są na szczęście zarezerwowane wyłącznie dla wyszkolonych odbiorców.

Czy można przygotować się wg tej recepty do odbioru spektaklu teatralnego? Oczywiście w podstawowym zakresie tak, czyli można poddać analizie dostępne dzieła twórcy dramatu, reżysera, scenografa, autora muzyki, ruchu scenicznego, etc. Takim rozbiorem często posługują się krytycy teatralni. Sytuują spektakl w określonym ich zdaniem miejscu drogi artystycznej poszczególnych twórców, komentują ich strategie artystyczne oraz klasyfikują elementy ich dorobku.

A gra aktorska? Nie ma prostej analogii, bo aktorstwo, można powiedzieć, to zawód artystyczny, w którym artysta tworzy ulotne tu i teraz, przeżywane z siłą pierwszego razu i to w dodatku przy kimś. Oczywiście można pokłócić się, czy rzeczywiście zawsze jest ten pierwszy raz, ale ten, kto stał na deskach sceny wie, że to prawda. Nawet najdłużej, nieprzerwanie utrzymujące się w repertuarze przedstawienie grane jest każdego dnia na swój sposób po raz pierwszy. 

Aktor to instrumentalista i zarazem instrument, a więc powtórzę za Andrzejem Doboszem - jednocześnie jest twórcą i tworzywem - dzięki któremu pozostali autorzy spektaklu realizują swoje wizje artystyczne. Porównanie do instrumentu nie było przypadkowe. Aktor gra  i posiada tak jak skrzypce, czy fortepian unikalne „własności techniczne”. W przypadku artysty są to: barwa i siła głosu, uroda i predyspozycje do gry ciałem. Drugą część, czyli wibrator instrumentu stanowią: emisja głosu, dykcja, gra ciałem, czyli ruch i mimika. Im te elementy gry aktorskiej stoją na wyższym poziomie, im bardziej artysta używa ich w sposób świadomy, tym jakość  Instrumentu jest wyższa, a więc wzrasta profesjonalizm artysty. Czy to wystarczy? Oczywiście nie. Potrzebne jest jeszcze twórcze wcielenie się w graną postać, odnalezienie klucza do roli. Nieważne, czy w wyniku pracy według ulubionej przez aktora metody czy przy pomocy wskazówek reżysera, a najlepiej, kiedy wynika to z tych dwóch powodów jednocześnie.

Czy to wszystko? Znowu nie. Kłopot w ocenie poziomu aktorskiego polega również na tym, że aktor, poza garstką wybrańców nie może dowolnie komponować swojego portfolio. Gra i zbiera doświadczenie w rolach, które udało mu się zdobyć. Są to zawsze kompromisy pomiędzy tym o czym marzył, a tym, co otrzymał i gotów był zaakceptować.

Piszę „udało mu się zdobyć”, nie bez przyczyny. Signum temporis, takim samym elementem zawodu aktorskiego jak np. opanowanie tekstu stało się staranie o rolę. Wszystko jedno, czy będzie to robota agencji, czy indywidualne działania artysty. Większość artystów już wie, że nie należy czekać na cudowny splot okoliczności. Aktorzy biorą udział w castingach, a tylko konsekwencja i systematyczność w tym działaniu dają efekty i artyści już to zrozumieli.  Umiejętność pozyskiwania ról jest równie ważna jak sama gra! Szkoda, że te elementy zawodu na razie są traktowane nieco po macoszemu podczas studiów artystycznych, które kształcą, przypomnę, bardzo dużą ilość młodych aktorek i aktorów. A jest to ponad 130 młodych artystów w całym kraju rocznie! (Dane GUS; 133 osoby w roku 2011/2012).

A więc drodzy czytelnicy, popatrzcie łaskawszym okiem w nadchodzącym sezonie na artystów, zwłaszcza młodych, uprawiających ten trudny zawód. To wrażliwi ludzie, którym nie jest łatwo, a oceniając ich pracę pamiętajcie, że szklanki są przede wszystkim do połowy pełne. 

Kurzy się!