wtorek, 23 grudnia 2014

Święta



Drodzy Goście, którzy zaglądacie tu regularnie oraz od czasu do czasu!






Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego, nowego roku życzę Państwu wielu teatralnych wzruszeń, a także satysfakcji i przyjemności z obcowania ze sztuką. 


Dyziek Kurz





Kurzy się!
Icons designed by Manuela Langella

sobota, 13 grudnia 2014

Rewizor bywa i u nas.

Rewizor Nikołaja Gogola w reż. Nikołaja Kolady w Teatrze Studio w Warszawie.

To co nie udało mi się podczas listopadowego festiwalu Nikołaja Kolady w Teatrze Studio w Warszawie nadrobiłem teraz, na początku grudnia i obejrzałem głośnego Rewizora „na błocku”.
I co?
I bardzo mi się spodobał.

Kolada był mocno obecny w całym przedstawieniu,  odcisnął swoje piętno – był reżyserem, opracował spektakl muzycznie i zaproponował koncepcję scenografii i kostiumów. Wszystkie te elementy dobrze zagrały i pomogły artystom zaprezentować aktorski kunszt na scenie.

Artyści z Teatru Studio przygotowali i zaprezentowali to przedstawienie lekko, jak gdyby bez wysiłku, a jednocześnie z emocjami i przekazem symbolicznym. W efekcie powstała sztuka kompletna.

fot. Krzysztof Bieliński
Warto podkreślić naprawdę dobrą i równą grę całej obsady. Na tym dobrym tle wyborowo zaprezentował się młody Eryk Kulm (Chlestakow), który pomimo braku doświadczenia świetnie zagrał urzędniczynę - łgarza z Petersburga. Podobał mi się szczególnie w brawurowo zagranym monologu z aktu III-ego, w którym przechwalał się, iż jest potężną figurą w Petersburgu i że z samym Puszkinem jest za pan brat!

Bezkonkurencyjny był także duet obywateli: Łukasza Simlata (Bobczyński) oraz Modesta Rucińskiego (Dobczyński). Simlat zaprezentował znakomicie komizm, a jednocześnie romantyzm ludzi wschodu. Wykazał się też kapitalną sprawnością fizyczną.

Moim obowiązkiem jest też poinformować o kolejnej udanej roli Łukasza Lewandowskiego, który w charakterystyczny dla siebie sposób przedstawił typ urzędnika, który był ogarnięty niegroźnym, zwiewnym szaleństwem. (Zjemlanika).

Siłą rzeczy najmocniejsze odwołania spektaklu zanotowałem w stosunku do Rosji, ale sztuka nie straciła nic z przekazu uniwersalnego, bo przecież każdy z nas musi powitać od czasu do czasu swojego rewizora.  Jeśli znasz takie sytuacje, a w sercu odczułeś kiedyś ukłucie upokorzenia, a nawet  poniżenia, to witam w klubie i zapraszam na spektakl do pomocy świetnej w tym przedstawieniu Dorocie Landowskiej (żonie Horodniczego, Annie) i do wspólnego, głośnego krzyku: - Miszka!!!

Kurzy się!

środa, 19 listopada 2014

Krzysztof Warlikowski wreszcie będzie miał swój wymarzony, artystyczny dom!

Rusza budowa Międzynarodowego Centrum Kulturalnego Nowy Teatr.

W obecności Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Małgorzaty Omilanowskiej oraz Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz 19 listopada 2014 odbyła się w siedzibie Nowego Teatru przy ulicy Madalińskiego w Warszawie konferencja prasowa poświęcona rozpoczynającej się budowie Międzynarodowego Centrum Kulturalnego Nowy Teatr.

wizualizacja: FAMA agencja reklamowa
Najważniejszym elementem budowy finansowanej przez Fundusz Norweski i Fundusze EOG dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w wysokości 19 mln zł oraz przez Miasto Stołeczne Warszawę (11 mln zł) będzie przebudowa zabytkowej, modernistycznej hali warsztatowej i przeobrażenie jej w wielofunkcyjną przestrzeń wykorzystywaną do realizacji widowisk oraz pokazów o różnym charakterze. Otwarcie Centrum planowane jest jesienią 2015 roku.

wizualizacja: Łukasz Kwietniewski
Nowy Teatr będzie dysponował dużą salą teatralną, która będzie przypominała studio filmowe, mobilnymi sceną i widownią na 400 osób, salą prób, dwukondygnacyjnym zapleczem artystycznym z garderobami i charakteryzatornią oraz obszernym foyer. Wokół Centrum powstanie strefa plenerowa, która będzie miejscem na instalacje artystyczne.

wizualizacja: Łukasz Kwietniewski

Krzysztof Warlikowski, który nie mógł być obecny na konferencji nagrał swoje wystąpienie, w którym dziękował wszystkim twórcom i realizatorom projektu, który jest spełnieniem marzeń artystów i widzów Nowego Teatru.

Dramaturg teatru Piotr Gruszczyński zdradził, że na dzień otwarcia planowana jest premiera sztuki w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego będącej adaptacją cyklu powieściowego Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Kurzy się!

poniedziałek, 17 listopada 2014

1496 butelek lekarstwa

„Kto się boi Virginii Woolf?” Edwarda Albee w reżyserii Marii Spiss w Teatrze im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie.

Edward Albee napisał tę słynną i nagradzaną sztukę ponad pięćdziesiąt lat temu. Obawiałem się, czy czas nie odciśnie swojego piętna na tym dziele i czy studiowanie żywota Św. Wojciecha ukazanego na katedralnych, dwunastowiecznych drzwiach gnieźnieńskich nie będzie jedynym gwoździem programu i największą atrakcją kulturalną pobytu w deszczowym tego dnia Gnieźnie. Ale nie!
Okazało się, że sztuka dzięki zręcznej reżyserii Marii Spiss oraz współczesnemu tłumaczeniu Jacka Poniedziałka obroniła się i nie trąciła myszką.

fot. Dawid Stube
Scenografia (Łukasz Błażejewski), składała się z kilku witryn z tysiąc czterysta dziewięćdziesięcioma sześcioma (!) pustymi butelkami przeznaczonymi na alkohol, które czyściutkie i kolorowe oraz efektownie oświetlone dawały do zrozumienia publiczności, że katalizatorem wydarzeń tego wieczoru w mieszkaniu Georga (Bogdan Ferenc) i Marthy (Małgorzata Łodej – Stachowiak) będzie alkohol. Alkohol, który miał być lekarstwem na depresję i ich chorobę polegającą na obawie przed życiem bez iluzji. Z przypomnienia drugiego ważnego czynnika katalitycznego, którym pięćdziesiąt lat temu był dym z papierosa, na szczęście w tej kameralnej inscenizacji zrezygnowano.

Przedstawienie miało odpowiednie tempo, a z łamańcami intelektualnymi i językowymi zaproponowanymi przez autora i tłumacza świetnie radziła sobie dwójka artystów grających główne role. Warto zaakcentować interesującą kreację Małgorzaty Łodej – Stachowiak, która na początku wydawała się nieco usztywniona, ale z minuty na minutę stawała się coraz bardziej naturalna i rozgrzewająca nie tylko dla Nicka (Maciej Hązła), ale i dla widowni. Z humorem i wdziękiem zaprezentowała się Anna Pijanowska (Skarbie), która zgrabnie lawirowała po scenie z nieodłącznym rekwizytem, którym była butelka brandy.

Sztuka wzbudzała pięćdziesiąt lat temu kontrowersje z uwagi na wulgaryzmy i bardzo czytelne aluzje seksualne. Dzisiaj ordynarne słownictwo oraz seks są na porządku dziennym, a problemy obu par nie stanowiłyby współcześnie żadnego tabu. Widzowie mogą je odnaleźć nawet w przedpołudniowych, telewizyjnych telenowelach.

Dlaczego wypada więc odwiedzić Teatr im. Fredry w Gnieźnie i obejrzeć spektakl „Kto się boi Virginii Woolf?” Przynajmniej z dwóch powodów: powinno się zobaczyć arcydzieło gatunku, bo takich scenariuszy już się nie pisze i nie będzie pisywało, a także z powodu emocji, które stały się udziałem kompletu widowni dzięki solidnej pracy artystów tworzących spektakl. 

Kurzy się!

sobota, 11 października 2014

Apokalipsa w reż. Michała Borczucha w Nowym Teatrze

Liczyłem na to, że Apokalipsa w reżyserii Michała Borczucha wystawiona w Nowym Teatrze w Warszawie będzie przysłowiowym kijem włożonym w mrowisko. Wielki tytuł i wielcy bohaterowie: z jednej strony wizjoner, mocarz kultury, ale i obyczajowy skandalista oraz quasi-komunista Pier Paolo Pasolini (Krzysztof Zarzecki), z drugiej Oriana Fallaci (Halina Rasiakówna) pomnikowa dziennikarka, a raczej pisarka, mocno skrytykowana w 2001 roku za jej „Wściekłość i dumę”, w której sponiewierała islam przewidując realną wojnę ze światem Zachodu, a z trzeciej zabłąkany Kevin Carter (Jacek Poniedziałek), zdobywca nagrody Pulitzera w 1994 roku za zdjęcie, na którym uchwycił umierającą z głodu dziewczynkę w Sudanie, który z bliska podglądał okrucieństwa wojen i nędzę w Afryce.

Kija nie wsadzono, spektakl toczył się spokojnie, miejscami, aż za spokojnie, chociaż  z przyjemnością podkreślam, że okraszono go kilkoma dobrymi scenami.

fot. Magdalena Hueckel
Pierwsza, która zwróciła moją uwagę to ta, w której Jacek Poniedziałek cytował autentyczny list pożegnalny reportera, który popełnił samobójstwo. Poniedziałek zrobił to w taki sposób, że wywołał szczery uśmiech na twarzach widzów. Ten tekst, w gruncie rzeczy nie był śmieszny, dlaczego jednak było wesoło? Było to skutkiem zrelatywizowania poczucia humoru widowni w obliczu pokazywanego na zdjęciu, skrajnego nieszczęścia. Uzyskano w ten sposób bardzo interesujący rezultat.

Moje wyróżnienie należy się także Marcie Ojrzyńskiej, która świetnie ozdobiła swoim monologiem opis zdjęcia Cartera oraz znakomicie  wypadła w scenach na planie filmowym. 

Podobał mi się także Marek Kalita, który zagrał zapatrzonego w Pasoliniego dziennikarza, spijającego słowa z jego ust i niejednokrotnie sprawiającego wrażenie, że ich w istocie nie rozumie. Cóż, postać zagrana przez Krzysztofa Zarzeckiego wyprzedzała artystycznie swoje czasy, a zniecierpliwienie brakiem zrozumienia oraz widoczne w interpretacji Zarzeckiego pogodzenie się z tym, że on, Pasolini już nic nie zmieni na tym świecie było czytelne i wyczuwalne. Był to ostatni wywiad Pasoliniego.

Dodam jeszcze do kompletu eleganckiego, o świetnym ruchu scenicznym artystę: Piotra Polaka, który najlepszy był w scenach, kiedy grał oddanego Orianie sekretarza. Zabawnie wypadła także zaskakująco poprowadzona scena seksu z Martą Ojrzyńską.

fot. Magdalena Hueckel
Artystom w stworzeniu odpowiedniego nastroju bardzo pomagała ekstatyczna muzyka Bartosza Dziadosza.

Dobrą grę aktorską pociągnęła w dół niespójna fabuła. Poszczególne wątki splatały się w przypadkowy sposób. Włączenie w tok wydarzeń scenicznych współczesnego motywu morskich ucieczek emigrantów afrykańskich na włoską wyspę Lampedusę niczego nie wniosło do sztuki, a jedynie niepotrzebnie ją przedłużyło.

Pasoliniego, Fallaci i Cartera bez względu na postawy życiowe i różne charaktery łączyła artystyczna wrażliwość, która pozwalała im dostrzegać i symbolicznie piętnować w swoich dziełach apokaliptyczne zło współczesnego świata. 

Okrucieństwo, fanatyzm i wszechobecny sposób wartościowania przez pryzmat pieniądza w doskonałej, zmodyfikowanej przez globalizm i wynalazki cyfrowe formie wciąż istnieją, a nawet mają się coraz lepiej. Trawestując Orianę można powiedzieć, że paradoksalnie: im wyższy jest poziom kultury, tym łatwiej otrzymać cios. Ciągle należy o tym przypominać i dobrze, że tak interesujący temat pojawił się w inscenizacji w Nowym Teatrze.


Kurzy się!