poniedziałek, 23 maja 2016

Zagraj to jeszcze raz, Szyc

Brawurowy Hamlet w wykonaniu Borysa Szyca w spektaklu w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym.

Historia Szekspirowskiego Hamleta znana jest od setek lat. Nic nowego, wiadomo, scena po scenie, co się wydarzy. Dlaczego obejrzenie tej sztuki w klasycznym, dobrym wykonaniu daje oprócz ogromnej przyjemności uczucie oczyszczenia i orzeźwienia? Nasuwa się porównanie do smaku wody u źródła. Trudno to wytłumaczyć, ale za każdym razem coś innego zwraca moją uwagę w tym dramacie. Inne sceny, inne gesty, inne słowa. Ciągle nie dowierzam, że jeden człowiek mógł to napisać. Nic dziwnego, że powstają teorie, że Szekspir był kosmitą o pozaziemskim talencie.

fot. Magda Hueckel
Siedziałem w wypełnionej po brzegi sali Teatru Współczesnego w Warszawie i naprawdę z przyjemnością oglądałem przedstawienie wyreżyserowane przez Macieja Englerta. Czuło się, że wszyscy artyści spędzili wiele godzin na dopracowywaniu najdrobniejszych szczegółów inscenizacji.
Nieco uciążliwy brak klimatyzacji paradoksalnie dodawał poczucia autentyczności w obcowaniu z iście pierwotnym, szekspirowskim teatrem i tym bardziej pozwalał docenić trudną pracę artystów. Widzowie, a byli to w większości młodzi ludzie, żywo reagowali na wydarzenia na scenie. O dziwo, dziewiętnastowieczny, piękny przekład  Józefa Paszkowskiego nic nie stracił ze swojej siły wyrazu, ale zawdzięczał to znakomitej interpretacji artystów.

Klasą dla siebie był Borys Szyc, którego Hamlet był bardzo przekonujący. Artysta nie zagrywał się, po prostu mówił, opowiadał, słuchał, krzyczał, szeptał, mruczał, ale … nie recytował. Grał spokojnie, choć w gorętszych momentach potrafił się zapalić. To naprawdę był bardzo dobry Hamlet w jego wykonaniu. Świetnej gry było w tym spektaklu dużo więcej. Pragnę szczególnie wyróżnić  Sławomira Orzechowskiego w roli Poloniusza, który był po prostu znakomity. Artysta błyszczał swoją interpretacją: zwalniał i przyspieszał, kiedy było trzeba, umiejętnie rozkładał akcenty, stosował świadomie pauzy i zawieszenia, grał ciałem i mimiką, po prostu był tego wieczoru w rewelacyjnej formie.

fot. Magda Hueckel
Kolejną świetną sceną był cudowny epizod z udziałem fantastycznego Krzysztofa Kowalewskiego w roli grabarza. A przecież to nie wszystko, bo grali w tym spektaklu jeszcze niesamowici: Krzysztof Wakuliński i Damian Damięcki (aktorzy trupy teatralnej). Artystom pomogły wykorzystująca do maksimum powierzchnię sceny scenografia Marcina Stajewskiego i znakomite, punktowe akcenty powstające dzięki odpowiedniemu oświetleniu.

Jakby tego było za mało, całość zwieńczyła kapitalna, realistycznie odwzorowana scena pojedynku Hamleta z Laertesem. Naprawdę czuć było dynamikę tej walki, a wielu widzów podświadomie wstrzymywało oddech. Brawo dla artystów za brawurowe wykonanie oraz dla przygotowującego sceny fechtunku Janusza Sieniawskiego! To był świetny Hamlet. Trawestując znane zawołanie z nieśmiertelnego filmu, proszę: - Zagraj to jeszcze raz, Szyc. – Bo jeden raz obejrzeć tę rolę, to za mało.


Ciekawy materiał poświęcony pracy nad pojedynkiem.


Kurzy się!

piątek, 20 maja 2016

Pouczająca historia życia Jakuba Lejbowicza

Sekrety tajemniczej sekty ujawnione! Księgi Jakubowe w reż. Eweliny Marciniak w Teatrze Powszechnym

Hieronim Bosch, Ogród rozkoszy ziemskich, fot. Wikipedia
Pisarz Javier Sierra uważa, że „czytany” od prawej do lewej strony słynny obraz Hieronima Boscha nazywany „Ogrodem rozkoszy ziemskich” ukrywa losy sekty religijnej, która była prześladowana przez inkwizycję. Na prawym skrzydle tego zagadkowego tryptyku widać piekło, które wg Sierry było ówczesnym życiem, na środku Bosch namalował różne, przesycone erotyzmem rytuały, których odprawienie miało umożliwić członkom sekty wejście do raju namalowanego po lewej stronie, gdzie na swoich wyznawców czekał już Chrystus w towarzystwie Ewy i Adama.

Ewelina Marciniak w wyreżyserowanej przez siebie sztuce opartej na wątkach „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk pokazała historię symbolizowaną właśnie przez środkową część tryptyku i zgrabnie zasygnalizowała to przedstawiając fragment obrazu na wyświetlonej, cyfrowej quasi-kurtynie. Spektakl pokazywał właśnie ten, umowny etap z życia sekty Frankistów, a więc nic dziwnego, że na scenie było widać również dużo nagości. Kurtyna nie była końcem ciekawych odwołań plastycznych. Widzowie zastali scenę zasypaną piaskiem i drobnym żwirem symbolizującymi wyboiste i zakurzone drogi osiemnastowiecznego Podola. Motyw wędrówki został wyraźnie i trafnie podkreślony przez autorkę scenografii, kostiumów i świateł, Katarzynę Borkowską. Grupa Jakuba Franka prowadziła nomadyczny tryb życia, a zdarzało się, że była po prostu przeganiana z różnych miejsc i musiała podróżować i to często w dobrym tempie.

Na ścianie tuż za sceną powieszono natomiast oprawione w barokowe, ozdobne ramy lustra, które pozwalały widzom oglądać występujących na scenie artystów z niecodziennej perspektywy. Zwierciadła zostały także umiejętnie użyte do oświetlenia scenicznych bohaterów światłem odbitym. Wyobraźnia podpowiadała, że chodziło o metaforę sposobu narracji. Historia Jakuba Franka była opowiadana wyłącznie przez osoby, które widziały go, słyszały o nim lub opowiadano im o nim, a nie przez samego bohatera. W konsekwencji, widzowie musieli samodzielnie poskładać na swój użytek ułamki obrazów Jakuba, przywódcy sekty, wyłącznie na podstawie relacji osób trzecich. To naturalnie korespondowało z podzielonym taflami luster widokiem, który odwzorowywał jedynie fragmenty rzeczywistości.

Niestety, konsekwencją takiego pomysłu narracyjnego Olgi Tokarczuk powielonego przez Ewelinę Marciniak było uniemożliwienie wykonania zadania kreującemu tytułową postać, Wojciechowi Niemczykowi. Artysta nie mając do dyspozycji żadnego znaczącego tekstu, nie miał szans na zmierzenie się z mitem charyzmatycznego Jakuba Franka. Kto wie, może lepszym pomysłem dramaturgicznym byłaby całkowita rezygnacja z pokazywania Franka na scenie? Widzowie nie zrozumieli, czym ten człowiek zaskarbił sobie zaufanie i miłość tysięcy ludzi, którzy podążyli za nim na podbój Europy.

fot. Magda Hueckel
Wracam jednak do plastycznej oprawy spektaklu, która była jego najmocniejszą stroną. Zachwyciły mnie niesamowite światła wraz z efektami laserowymi, a także podobały mi się kostiumy, zwłaszcza wschodnia kreacja Chany (udana rola Julii Wyszyńskiej). Ciekawym pomysłem było też użycie lalek (Agata Kucińska) w pierwszej części przedstawienia, co dodało baśniowego kolorytu scenie pogrzebu Jenty. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że „Księgi Jakubowe” w reżyserii Eweliny Marciniak obrazami stały.

Kreacje aktorskie nie skupiły na sobie już tak wielkiej uwagi. Podobał mi się Mateusz Łasowski, który zaprezentował z charakterystycznym dla siebie dystansem, który lubię, postać biskupa Dembowskiego. Podkreślę także udane role Agaty Woźnickiej jako magnatki Kossakowskiej oraz bardzo dwuznaczną, praktyczno - romantyczną interpretację postaci pani Drużbackiej w wykonaniu Elizy Borowskiej. Ciekawie została pokazana relacja Drużbackiej z księdzem Chmielowskim. Było w niej coś na kształt niewinnej, ale jednak w pewnym sensie erotycznej fascynacji. Obie artystki wypadły świetnie w dowcipnej scenie podróży przez podolskie wertepy, w której ujawniły swój talent komediowy. Bardzo liczyłem na błysk talentu Bartosza Porczyka (Moliwda), ale jednak odczułem niedosyt. Może po prostu ta rola była dla niego za mała.

fot. Magda Hueckel
Ewelina Marciniak zmierzyła się przy pomocy tej realizacji z popularnym mitem, że Polska była krajem tolerancyjnym i przyjaznym odmiennościom. Przywoływani często jako sztandarowy przykład polskiej tolerancji i gościnności Bracia polscy zwani arianami (XVI w.) zostali przecież w końcu wydaleni z terenu Rzeczpospolitej jako heretycy, a królewskie wojsko spaliło w Rakowie jedną z największych, ówczesnych bibliotek kościoła reformowanego w Europie. Blisko dwieście lat później Jakub Frank po przejściu na katolicyzm i chrzcie, który ogłoszono wielkim sukcesem w nawracaniu heretyków został również oskarżony o herezję i spędził uwięziony na Jasnej Górze trzynaście lat! Frank traktował przyjmowane przez siebie niejako po drodze religie jedynie jako środek transportu, który miał go połączyć z Bogiem.

Tytułowy bohater sztuki na swój sposób odniósł zwycięstwo, umierał przecież jako szlachcic i baron, otoczony sporą rzeszą swoich wyznawców. Taki awans bez kilku zmian wyznania, w tym dwóch chrztów katolickich, nie był możliwy. Czy zwycięstwo odniosła swoją inscenizacją Ewelina Marciniak? Warto wybrać się do Teatru Powszechnego i mieć szansę na udzielenie własnej odpowiedzi na to pytanie.


Olga Tokarczuk czyta fragment "Ksiąg Jakubowych"


Kurzy się!

piątek, 29 kwietnia 2016

Erotyczny danse macabre

Głośna sztuka „Śmierć i dziewczyna” Elfriede Jelinek w reż. Eweliny Marciniak pokazana w Warszawie!

Warszawscy miłośnicy teatru tłumnie przybyli na sztukę Elfriede Jelinek w reżyserii Eweliny Marciniak „Śmierć i dziewczyna” ze sceny wrocławskiego Teatru Polskiego, którą pokazano na deskach Teatru Dramatycznego w ramach 36 Warszawskich Spotkań Teatralnych. Reklamę tej realizacji zapewniła głośna w mediach awantura polityków z konkurujących partii i żałuję, że pretekstem do jej wywołania stała się sztuka teatralna.

fot. Natalia Kabanow
Dzieło Jelinek jest ciężkie i miejscami trudne w odbiorze. Marciniak także nie ułatwiła zadania i pozostawiła widzom całą masę śladów do indywidualnego wytropienia. Sztuka pokazała widzom mroczną historię ze śmiercią bohaterki w tle, a sceniczny danse macabre z podtekstem seksualnym trwał ponad 140 minut. W tym czasie widzowie obejrzeli wiele scen z życia mocno przetrąconej psychicznie rodziny, w której relacje pomiędzy jej członkami były niezdrowe i toksyczne. Scena w szpitalu, kiedy chory psychicznie Ojciec-Krasnoludek (Paweł Smagała) niosąc na rękach własną córkę pokazywał ruchem bioder, że znał jej ciało, świadczyła o tym, że dziewczyna mogła być wcześniej molestowana. W domu nie było dużo weselej, gdyż Mamusia-Macocha głównej bohaterki (Ewa Skibińska) również nie radziła sobie z własna
fot. Natalia Kabanow
psychiką. Kobieta kompletnie zdominowała dziewczynę, decydując  za nią we wszystkich, nawet najprostszych sprawach i ten model postępowania stosowała nawet wtedy, kiedy jej córka stała się już dorosłą kobietą. Wszystkie jej polecenia, zakazy, „rady”, wydawała pomiędzy kolejnymi kliknięciami telewizyjnego pilota. Dryl szkoły muzycznej, imperatyw odniesienia sukcesu, wyraziste i natarczywie powracające fantazje seksualne, to uwarunkowania, w jakich przyszło żyć Córce/Nauczycielce – Królewnie Śnieżce. W tej roli wystąpiła zdecydowanie najlepsza w całym przedstawieniu Małgorzata Gorol. Artystka pokazała oprócz znakomitej sprawności fizycznej (świetne sceny gimnastyczne oraz jazdy na łyżwach!), również wyśmienitą grę aktorską, w której potrafiła różnicować emocje i sprawnie dobierać techniki służące ukazaniu różnych stanów emocjonalnych swojej bohaterki.

fot. Natalia Kabanow
Spektakl Eweliny Marciniak nie był tylko popisem Małgorzaty Gorol. Na scenie działo się bardzo dużo i praktycznie bez przerwy mózgi i serca widzów musiały intensywnie pracować. Występ pary aktorów porno, którzy zrobili na scenie to, czego od nich oczekiwano służył głębszemu, reżyserskiemu zamysłowi. Scenę seksu podkreślono całkowitym wyciszeniem muzyki, co pozostawiło widzom jedynie obraz cielesności i odgłosy samego aktu seksualnego. Był to mechaniczny seks i nie było tam miejsca na czułość. Bohaterka Małgorzaty Gorol właśnie takich obrazów poszukiwała, aby rozładować własne napięcie seksualne. Ponieważ podchodziła do tego bardzo praktycznie, więc zaglądała do teatrzyku porno bez specjalnych, dodatkowych emocji, po prostu tak, jak inni chodzili do piekarni po bułeczki.

fot. Natalia Kabanow
Z rozległością geograficzną dziejących się na scenie wypadków dobrze poradziła sobie autorka scenografii, kostiumów i reżyserii światła – Katarzyna Borkowska. Artystka tak zaaranżowała sceną, że znalazło się na niej miejsce dla saloniku z ciągle grającym telewizorem, kuchni, teatrzyku porno, a nawet sali koncertowej mogącej zmieścić dwa fortepiany! Na instrumentach grali profesjonalni pianiści (trafiona muzyka Piotra Kubiaka), co przydało autentyczności wielu scenom, a samo manewrowanie instrumentami, ustawianie ich w różnych konfiguracjach oraz używanie ich jako rekwizytów sprawdziło się i stworzyło ciekawe i oryginalne efekty scenograficzne. Wielka plastyczność spektaklu była jego największą zaletą. Sceny orgii oraz przemarszu nagich postaci nie niosły w sobie żadnej wulgarności, a umiejętne operowanie światłem spowodowało, że widzowie czuli bardziej, że obcowali ze światem rzeźb i obrazów niż z żywymi ludźmi. Na scenie zaprezentowano również rzeczywiste obrazy, które bezpośrednio nawiązywały do awangardy i abstrakcjonizmu. (Malewicz, Rothko).

Ciekawy spektakl, warty obejrzenia, kolejny raz okazało się, że prawdziwa sztuka broni się sama, tylko trzeba dać jej szansę.

KLIKNIJ - ten tekst ma wersję AUDIO

Zapowiedź spektaklu:


Kurzy się!

czwartek, 28 kwietnia 2016

Portofino na linoleum

Romantyczny wieczór w Teatrze Fredry w Gnieźnie: Klub Samotnych Serc Portofino w reż. Łukasza Czuja

fot. M. Klejnowska
Gniezno przywitało mnie deszczem, chłodem i tłumem pielgrzymów przybyłych na tradycyjny odpust z okazji imienin patrona miasta, świętego Wojciecha. Obawiałem się, czy Klub Samotnych Serc „Portofino” w reżyserii Łukasza Czuja grany na deskach Teatru im. Aleksandra Fredry wypełni widownię publicznością, gdyż spektakl odbywał się w tym samym czasie, co uroczyste nieszpory, ale był komplet.

Przedstawienie składało się z ubarwionych muzyką historii opowiadanych i śpiewanych przez pięć Pań i pięciu Panów. Wszystkie narracje były o miłości i każda okazywała się w końcu historią o nieszczęśliwym uczuciu. Mimo złych doświadczeń, jakaś tajemna siła popchnęła jednak wszystkich scenicznych bohaterów do Klubu Samotnych Serc „Portofino”, do tego niezbyt eleganckiego miejsca, które przypominało kiepską restaurację z prowincjonalnego, sennego miasteczka. Tą siłą było nieodparte pragnienie miłości.

fot. Dawid Stube
Podłoga klubu, czy może raczej restauracji była przykryta linoleum (scenografia i kostiumy – Michał Urban). Wnętrze było proste, kilka starych krzeseł i stolików. Wyobraziłem sobie, że na zewnątrz, nad drzwiami wejściowymi powinien wisieć zużyty szyld oświetlony ostatnią działającą żarówką. Na szyldzie napis: Mozaika lub Kolorowa, Parkowa, Kameralna itp. Każdy mógł podstawić sobie nazwę, którą znał z czasów PRL.

Reżyser świadomie zrezygnował z punktowych reflektorów, błyszczących marynarek, cekinów i świątecznej oprawy widowiska. Łukasz Czuj nie chciał stworzyć wieczoru estradowego. Kameralne, zwykłe wnętrze, niezbyt mocne oświetlenie i kostiumy, które prezentowały tak zwane porządne, świąteczne ubrania z tamtych lat przyczyniły się do wytworzenia intymnej atmosfery, dzięki której widzowie mogli identyfikować się z bohaterami na scenie.

W warstwie muzycznej królowały popularne w Polsce piosenki z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Poszczególne utwory czytelnie ilustrowały perypetie bohaterów. Artystom towarzyszył bardzo dobrze i równo grający zespół muzyczny (Głowacki, Melnyk, Rynkiewicz, Winiarski)  który prezentował melodie piosenek w spokojnych aranżacjach Marcina Partyki.

fot. Dawid Stube
Przebojami wieczoru były dwie piosenki włoskiego artysty Freda Buscaglione. Pierwsza, to tytułowe „Portofino” z polskim tekstem Wojciecha Młynarskiego wyraziście zinterpretowane przez Annę Pijanowską, a druga, to kabaretowa „Teresa! Daj spokój!” ze słowami Agnieszki Osieckiej, zaśpiewana dynamicznie przez Macieja Hązłę. Tej piosence towarzyszył zabawny, ale technicznie trudny, zbiorowy układ choreograficzny (dobra robota Pauliny Andrzejewskiej), który artyści wykonali równo i bezbłędnie.

Wysiłek twórców i wykonawców nagrodziły długie, rzęsiste brawa, które były jak najbardziej zasłużone, a wielu widzów manifestowało swoją aprobatę dla miłości podśpiewując razem ze znakomitym w finałowym numerze Wojciechem Kalinowskim: Love! Love! Love!


Zapowiedź spektaklu:



Kurzy się! 

niedziela, 24 kwietnia 2016

Zachód spotyka Wschód

Wyrafinowana choreografia, głębokie przeżycia artystyczne, to balet Burza Krzysztofa Pastora w TWON

Krzysztof Pastor w swojej Burzy nie trzymał się wiernie historii opisanej przez Szekspira. Spektakl otworzyła wspaniała, poetycka scena. Stary Prospero, którego zagrał muzyk(!), Abbas Bakhtiari - wirtuoz bębna daf - wpatrywał się w morski horyzont zarysowany na filmowym tle. Scena była spokojna, wręcz melancholijna. Towarzyszyła jej nastrojowa muzyka szesnastowiecznego kompozytora angielskiego Tallisa.

fot. Angela Sterling, Amsterdam
Nagle rozpętała się gwałtowna burza, którą zilustrował muzycznie chrapliwy dźwięk bębna daf, idealnie podkreślający rytm pierwotnego tańca mieszkańców wyspy. Partię wodza Calibana doskonale zatańczył Victor Banka, a towarzyszyła mu grupa tancerzy tworzących plemię Calibana. Artyści zaprezentowali się wspaniale w kostiumach Tatyany van Walsum, która oznaczyła je kolorami, innym dla każdej z czterech scen Burzy: od niebieskiego, przez czerwony, czarny, aż do białego.

Pastor podzielił balet na cztery części, które łączyły kolejne, morskie burze wywoływane przez Prospero z pomocą Ariela (bardzo dobry występ Kristófa Szabó). Widzowie w kolejnych obrazach zapoznali się z historią pobytu głównego bohatera na wyspie.

W pierwszej odsłonie moją uwagę zwrócił wykonawca roli Młodego Prospero, którą tańczył elastyczny i bardzo wysoko skaczący Robin Kent. Bohater Kenta nie pozostawił żadnych złudzeń Calibanowi, którego zainteresowanie wzbudziła córka Prospero Miranda (Dagmara Dryl). Dominujący Prospero wypchnął Calibana z kręgu w centrum sceny oznaczonego czerwoną linią, oddzielając w ten sposób swoją córkę od wodza. Caliban został też oznaczony krwistym okręgiem wymalowanym na jego piersiach.

Późniejsza burza przywiodła na wyspę kolejnych rywali, w tym również Ferdinanda (Patryk Walczak), który natychmiast zakochał się w Mirandzie i szybko uzyskał jej wzajemność. Doszło także do spotkania Calibana, z początku z niepewnymi na obcej ziemi, ale szybko odzyskującymi rezon i pewność siebie Europejczykami: Stephano (Carlos Martín Pérez) i Trinculo (Adam Myśliński). Obaj młodzieńcy w brawurowy sposób usiłowali „ucywilizować” wodza. Ta scena była jedną z najlepszych w balecie. Całą trójkę po chwili paradoksalnie zjednoczyła dzielona przez nich nienawiść do Prospero i tylko Ariel był w stanie opanować sytuację. Duch nasłał na spiskowców rozwścieczone bestie. Była to świetna, z rozmachem wykonana scena zbiorowa, w której artyści pokazali idealne zgranie.

Prospero nie aprobował miłości Mirandy i Ferdinanda, dlatego przedzielił kochanków wielkim, stanowiącym centralny punkt scenografii drzewem. Miłość pokonała jednak wszystkie przeszkody, a zakochanych połączyło na scenie romantyczne pas de deux.

To nie był koniec historii, którą zwieńczono epilogiem. Stary Prospero w tej części pogodził się z tym, że jego córka stała się dorosła i sama wybrała mężczyznę oraz pozbył się uczucia nienawiści. Bohater w końcowej scenie był spokojny i godnie odszedł.

fot. Angela Sterling, Amsterdam
Krzysztof Pastor poruszył w przedstawieniu kilka ważnych problemów, w tym żmudne i czasochłonne dochodzenie człowieka do możliwości przebaczenia innym i sobie. Kolejną wartością spektaklu było umiejętne pokazanie samego przemijania.  W przedstawieniu były widoczne również wątki demaskujące mechanizmy władzy i ciągle obecny, także współcześnie, iście kolonialny sposób traktowania ludzi, w tym przypadku mieszkańców wyspy. Wódz nie był przecież „odpowiednim” zięciem dla Prospero, a szczególnie wymowne było pokazanie protekcjonalnego i polegającego na traktowaniu „z góry” Calibana przez Stephano i Trinculo.

Balet został pedantycznie i drobiazgowo przygotowany. Pastor opracował bogatą i wyrafinowaną choreografię. Uwagę widzów przyciągały znakomite sceny solowe, ale także pomysłowe odsłony zbiorowe, wśród których moją uwagę zwrócił obraz, w którym morskie fale przenosiły na plażę rozbitków. Genialne!

Spektakl wzbogaciły nastrojowe projekcje wideo przygotowane przez parę znakomitych artystów: Shirin Neshat  i Shojego Azari. Obrazy idealnie współgrały z tańcem i nie odwracały uwagi widzów od artystów na scenie. Od czasu do czasu ujęcia filmowe w symboliczny i poetycki sposób pokazywały los współczesnych rozbitków, którzy muszą również uciekać przez morza.

Burza Krzysztofa Pastora zaprezentowana w Teatrze Wielkim Operze Narodowej jest świetnym, dostarczającym wielu wrażeń artystycznych i wzruszającym spektaklem, w którym spotkały się elementy kultury zachodu i wschodu. Wspominając tytuł wspaniałej płyty nagranej w 1967 roku przez legendarnego skrzypka Yehudi Menuhina i wirtuoza instrumentu sitar Ravi Shankara „West Meets East” można powtórzyć, że kolejne, wybitne artystycznie spotkanie Zachodu ze Wschodem zawdzięczamy Krzysztofowi Pastorowi.


 Interesująca rozmowa ze współtwórcami baletu:



Kurzy się!