W lutym Dyrektor Krzysztof Pastor
w imieniu zespołu Polskiego Baletu Narodowy zaprosił swoich wiernych sympatyków
i gości na pierwszą Galę Baletową w Warszawie! Dla miłośników baletu była
to wyjątkowa okazja do obejrzenia mistrzowskich wykonań
najsłynniejszych fragmentów baletów klasycznych. Na pierwszej Gali w Warszawie
wystąpili znakomici artyści ze świetnych teatrów baletowych w Europie oraz cały
zespół Polskiego Baletu Narodowego w najlepszych wykonaniach. To była
prawdziwa, artystyczna uczta. Wystąpili: Marianela Núñez, gwiazda The
Royal Ballet z Londynu i fantastyczny Osiel Gouneo, pierwszy solista
Bayerische Staatsballett z Monachium, pierwsi soliści Teatro alla Scala
z Mediolanu: Nicoletta Manni i Claudio Coviello oraz
utalentowana Evelina Godunova, laureatka Złotego Medalu Międzynarodowego
Konkursu Artystów Baletu w Moskwie, której partnerem był Yevgeniy
Khissamutdinov. Teatr przeprowadził bezpośrednią, internetową transmisję
wydarzenia. Kilka dni temu udostępniono fragmenty Gali na platformie VOD Teatru
Wielkiego Opery Narodowej. Warto obejrzeć! Ja prezentuję taniec do muzyki
zespołu Radiohead w choreografii Roberta Bondary w wykonaniu świetnych artystów
Polskiego Baletu Narodowego Yuka Ebihary i Kristófa Szabó. Znakomity numer!
Znakomity Artur Barciś w Trans - Atlantyku w reż. Artura Tyszkiewicza w Teatrze Ateneum.
Powieść Trans – Atlantyk Witolda Gombrowicza w
adaptacji i reżyserii Artura Tyszkiewicza przygotowano i wystawiono w
warszawskim Teatrze Ateneum, aby uhonorowaćdziewięćdziesiąte urodziny tego teatru oraz stulecie odzyskania
niepodległości.
Na pierwszy plan spektaklu wysunął się zdecydowanie
Artur Barciś (poseł), który zagrał brawurowo, wyraziście i dowcipnie. Doskonała
kreacja artysty wzbudziła na sali szczere uśmiechy, ale także zmusiła widzów do gorzkich przemyśleń.
fot. Bartek Warzecha
Z drugiej strony w świetnej roli Gonzalo pokazał
się Krzysztof Dracz. Aktor nie przesadził, o co było bardzo łatwo biorąc pod
uwagę sposób życia argentyńskiego bogacza. Artysta bardzo dbał o to, żeby jego bohater
trzymał się ludzkich, realnych wymiarów. Dracz osiągnął w ten sposób sukces, co
przy innym sposobie gry byłoby trudne. Wzbudził współczucie dla swojej postaci
i pokazał, że życie nie jest wyłącznie zabawą i farsą. Postać Gonzalo była
powieściowym symbolem dekadenckiej Europy, ale również alter ego Gombrowicza.
Pisarz dla równowagi opisał siebie także jako dziennikarza i początkującego literata (Przemysław
Bluszcz).
Do kompletu pochwał warto dodać udaną kreację Tomasza
Schuchardta jako Cieciszowskiego, który był znakomity zwłaszcza w scenie, w
której opowiadał, jak uczył się zabijać. I to od małego. Przypomnę, że ćwiczył początkowo
na królikach, ale jako odważny chłopiec w końcu podpalił lwa(!).
Spektakl dopełniła Justyna Elminowska (scenografia),
która przeniosła widzów z jednej strony do polskiej szopki, wokół której dzięki
przemyślnej instalacji kręciły się piękne dziewczyny w regionalnych strojach, a
z drugiej do wnętrza przewróconego statku, który już nigdzie nie popłynie.
Gombrowicz jest już klasykiem, a jego Trans
Atlantyk to powieść o Polsce. Stefan Chwin, znany powieściopisarz i krytyk
literacki określił kiedyś powieść Gombrowicza mianem anty Pana Tadeusza i anty
Dziadów. To dzieło powstało jednak z miłości do Polski. Bardzo trudnej miłości.
Wielu zarzucało Gombrowiczowi brak patriotyzmu, ale on po prostu chciał innego,
nowoczesnego patriotyzmu. Zamiast Ojczyzny chciał Synczyzny, a więc nowego
spojrzenia. Nie doczekał się. Póki co Trans – Atlantyk celuje dziwnym trafem w
każdą Polskę. Przeszłą, obecną i …przyszłą. Pomimo różnorodnej tradycji
emigracyjnej, a w kraju prawie pięćdziesięciu lat komuny, Polacy nie zmienili się
prawie wcale.
Opera Peleas i Melizanda w reżyserii Katie Mitchell w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie, koprodukcja z Festival d’Aix-en-Provence
Naga kobieta na oszalałym, karym koniu stojącym dęba, nastrój niesamowitości, fantastyki, erotyki i grozy to skrótowy opis najbardziej znanego, malarskiego dzieła polskiego symbolizmu - Szału uniesień Władysława Podkowińskiego. Maeterlinck pisząc symboliczną tragedię Peleas i Melizanda także odrealnił świat swoich bohaterów. Ukazał w swoim dziele doznania ludzi podporządkowanych nieodgadnionej naturze. Claude Debussy dostosował się do tej atmosfery komponując muzykę do operował wersji tragedii używając wysublimowanego, oryginalnego brzmienia. Nastrój zbudował wirującą falą dźwięków, ale również umiejętnie dozując ciszę!
fot. Krzysztof Bieliński
Jakby tych ulotnych znaczeń, zmysłowych doznań, barw i brzmień było mało, to reżyserka opery, Angielka Katie Mitchell uwspółcześniła akcję i przeniosła ją do snu głównej bohaterki. Widzowie, którzy przeczytali przynajmniej początek programu (znakomite wydawnictwo) i wiedzieli o tym chwycie reżyserskim nie dziwili się więc, że artyści na scenie chodzili w dziwaczny sposób po krętych schodach, bądź że tajemnicze źródła ilustrowane przepięknym brzmieniem harf wybijały tuż przy łóżku Melizandy, a dziewczyna mogła oglądać samą siebie w scenie miłosnej z kochankiem. Sen to sen, wszystko było w nim możliwe.
Wspomniałem o harfach, ale ich przepiękny dźwięk była jedynie częścią fantastycznego wykonania dzieła Debussego przez orkiestrę Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Od wielu miesięcy, po każdej premierze piszę o orkiestrze tylko w superlatywach. Tym razem wsparł tę opinię dyrygent premierowego spektaklu maestro Patrick Fournillier, który po premierze bardzo chwalił artystów z Warszawy za znakomite wykonanie muzyki francuskiego mistrza.
fot. Krzysztof Bieliński
Artyści śpiewający także stanęli na wysokości zadania, nikt nie zszedł poniżej wysokiego lub bardzo wysokiego poziomu wykonania. Największe wrażenie wywarł na widzach śpiew i gra aktorska Laurenta Alvaro (Golaud, bas-baryton). Francuski artysta wiarygodnie pokazał wątpliwości, ale też nienawiść zdradzonego męża, która doprowadziła do końcowego dramatu.
Opera jest koprodukcją z Festival d’Aix-en-Provence, gdzie spotkała się z dobrym przyjęciem. Widzowie i artyści francuscy szczególnie zwrócili uwagę na wspaniałe dekoracje wykonane przez rzemieślników Teatru Wielkiego Opery Narodowej i wywołali ich przedstawicieli do ukłonów po spektaklu. Sytuacja powtórzyła się w Warszawie. Scenografia Lizzie Clachan, modernistyczne, mieszczańskie domy, w tym jeden nawet z ogrodowym basenem wykonała perfekcyjnie ekipa techniczna TWON. Polacy przygotowali bardzo efektowną kompozycję przesuwających się ekranów, które odsłaniały poszczególne plany akcji scenicznej.
Interesująca muzyka w świetnym wykonaniu, przepiękna warstwa plastyczna, jednym słowem dobra, solidna premiera, poniżej trailer wydarzenia.
Sztuka kinetyczna i op-art w Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej w latach 50. - 70.
W nadwiślańskim, warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej można oglądać jeszcze do 11 lutego 2018 roku ciekawą wystawę poświęconą sztuce kinetycznej i optycznej. Kierunki te nabrały rozpędu po II wojnie światowej, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych w Paryżu, który był ówczesną, kulturalną stolicą Europy.
Artystów, których prace zgromadzono w MSN-ie łączyło jednak coś innego – przemieszczanie się po świecie z powodów politycznych. Wszyscy z nich byli prześladowani albo musieli uciekać ze swoich ojczyzn, bądź też skazani byli przez cenzurę na uprawianie sztuki obojętnej ideowo. Często ich „techniczna” sztuka była jedyną możliwą do uprawiania w totalitarnym państwie. To dotyczyło również Polski.
Kinetyzm, a więc ruch korespondował w przenośny sposób z licznymi podróżami artystów po różnych krajach i kontynentach. Z drugiej strony ten sam ruch, którym byli zafascynowani artyści pomagał nawiązywać czynne, interaktywne relacje z widzami, co było nie do przecenienia. W naszym warszawskim Muzeum nad Wisłą (MSN) publiczność także może dotykać części eksponatów i komponować je po swojemu, chociaż nie zawsze budzi to entuzjazm pracowników muzeum. Cóż, nie ma pieniędzy na kopie dzieł, a przekonywanie personelu muzeum, że częściowe zniszczenie lub zużycie dzieła jest wpisane w cykl jego życia często na niewiele się zdaje.
Spacer po wystawie sprawia wrażenie wycieczki po wykopaliskach artystycznych z ery przed-komputerowej. Benedyktyńska cierpliwość artystów przy wykonywaniu niektórych prac budzi szacunek i podziw. Szczególnie widoczne jest to w pracy Miry Schendel (Zatrzymane fale prawdopodobieństwa, 1969), w której artystka przymocowała do ramy około 20 tys. żyłek nylonowych oraz w pracy Carlosa Cruza-Dieza Physichromie No. 1025 (1975) w której artystaręcznie pomalował tysiące drobnych elementów, które złożyły się na fantastyczną, uwodzącą oczy całość.
Mnie najbardziej podobało się jednak dzieło znakomitego Abrahama Palatnika (Obiekt kinetyczny KK 9a, 1966/2009), którego obraz z wystawy załączam pod artykułem.
Jak zwykle w MSN godny obejrzenia jest również interaktywny przewodnik po wystawie. (link) Znakomita robota!
Jądro Ciemności Josepha Conrada było
inspiracją dla Izadory Weiss do przygotowania autorskiego spektaklu baletowego
Darkness. Na Scenie Kameralnej Teatru Wielkiego Opery Narodowej próżno byłoby
jednak szukać opowieści o handlarzach kością słoniową. Spektakl nie był też
kolejnym rachunkiem wystawionym kolonialnej przeszłości Europy, ani dyskursem z
Czasem Apokalipsy Francisa Coppoli. Artystka w swoim dziele poruszyła temat
przemocy wobec kobiet. To zdaniem Weiss był i jest bardzo duży problem, do
którego należy powracać równie często, jak często pojawiają się głosy
bagatelizujące go.
fot. Ewa Krasucka
Reżyserka, choreografka i autorka
kostiumów podzieliła spektakl na dwie części. Dla pierwszej tłem była muzyka
barokowa. Współczesna choreografia Izadory Weiss nawiązywała do klasycznej
techniki baletowej, ale unikała jej sztywnych form. To cecha charakterystyczna
tańca współczesnego. Żadnych barier. Jedynymi ograniczeniami były wyobraźnia twórców i siły działające na ciała tancerek i tancerzy. W tańcu
współczesnym bardzo ważne jest, aby artyści oprócz zaprezentowania wysokiego
poziomu technicznego, przekazali widzom emocje oraz pokazali dobry poziom gry
aktorskiej. W Darkness udały się obie te rzeczy.
Spektakl był prawdziwym teatrem tańca, który
poruszał, a zwłaszcza jego druga część, w której brzmiała muzyka koncertu
skrzypcowego Philipa Glassa ilustrująca bardzo współczesną historię Jasmine
świetnie zatańczonej i zinterpretowanej przez Yuriko Kitano. Cała trzynastka
artystek i artystów z Polskiego Baletu Narodowego zaprezentowała się bardzo
dobrze umiejętnie odnajdując się w stylu, który nie był dla nich
codziennością. Świetnie wspomagało artystów oświetlenie z wyczuciem zaplanowane
przez Pawła Jasińskiego.
Weiss zdołała bardzo czytelnie, wyrażając
emocje opowiedzieć tańcem dramatyczne historie kobiet, które po
przeciwstawieniu się swoim panom – mężczyznom, ponosiły dramatyczne skutki
swojego nieposłuszeństwa. Na scenie kolejny raz okazało się, że jeszcze dużo
wody musi upłynąć w Wiśle, zanim mężczyźni przestaną lubić zapach napalmu o
poranku.