niedziela, 1 lutego 2015

Ludowcy znowu zawalili w Bronowicach.

Wesele Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie.

Wesela, tego polityczno-narodowego dramatu nie pokazywano w Warszawie prawie przez ćwierć wieku. To była za długa przerwa. Zatraciliśmy ciągłość dyskusji wywoływanej premierami tego arcydzieła. Był już najwyższy czas na powrót tego dramatu, dlatego dziękuję gorąco Dyrektorowi Andrzejowi Sewerynowi za najnowszą premierę Wesela przygotowaną w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie.

Z jakimi oczekiwaniami szedłem do teatru? Na co liczyłem?

fot. Krzysztof Bieliński
W głowie kołatały się sztampowe hasła zapamiętane jeszcze chyba w liceum: chłopomania, naiwny zachwyt ludowością, rola inteligencji, która nie potrafiła działać i pokierować zmianami, kłótliwe partie polityczne w Galicji, przekupni dziennikarze. Dodam do tego wspomnienie transowego charakteru scen tanecznych Wesela w rytm ludowego quasi-zaklęcia: raz dokoła, raz dokoła…

Ta ostatnia myśl o szamańskich nutach urodziła się chyba na podstawie niezapomnianej wersji filmowej Wesela Andrzeja Wajdy z 1972. Ciekawiło mnie, jak i czy w ogóle reżyser Krzysztof Jasiński pokaże sceny zabawy weselnej. Przyznam ze wstydem, że jak na pakiet oczekiwań „przed pójściem do teatru” zebrało się tego niewiele.

Tymczasem jest rok 2015. Polska od ponad dwudziestu pięciu lat znów jest niepodległa. Czy pytania stawiane przez Wyspiańskiego, jego oczekiwania wobec inteligencji i polityków po prostu się nie zestarzały? Dzisiaj martwimy się zupełnie innymi problemami, choćby wojną u sąsiadów na wschodzie. Okazało się na szczęście, że moje obawy były bezpodstawne, a inscenizacja Wesela nie trąciła naftaliną.

Krzysztof Jasiński okroił występującą na scenie obsadę sztuki do jedenastu osób, skrócił oryginalny scenariusz dramatu, najlepsze i znaczące partie tekstów postaci, z których zrezygnował, włożył w usta pozostałym bohaterom przedstawienia. Ten zabieg nadał spektaklowi tempa i pozwolił skoncentrować się na najbardziej uniwersalnych problemach, z pominięciem zaściankowych, przeszłych konfliktów. Nie bawiłaby nas przecież dzisiaj szarada z mozaiką postaci, którą odszyfrowywał sto czternaście lat temu cały Kraków.

Przedstawienie samej zabawy weselnej zostało rozwiązane w bardzo prosty, ale specjalny i przemyślny sposób, który bardzo spodobał się widowni. Moje brawa należą się także za „odpowiednio” dobraną muzykę weselną, która wyraźnie kotwiczyła akcję sztuki we współczesnej Polsce. Cieszę się także, że wierny swoim wcześniejszym dokonaniom reżyser powrócił w pozostałych częściach realizacji, między innymi do muzyki Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza.

Fot. Krzysztof Bieliński
Skoro komentuję muzyczną stronę spektaklu to podkreślę, że Krzysztof Jasiński ma najprawdopodobniej ogromny autorytet wśród grających w Weselu aktorów, bo udało mu się przekonać Andrzeja Seweryna, aby zaśpiewał. Sam mistrz nigdy za tym nie przepadał, przynajmniej mam takie wrażenie. Zaskoczę malkontentów, wszystko było w porządku i chwała artyście za wykonanie, a także Annie Chmielarz za przygotowanie wokalne wszystkich śpiewających aktorów! Słuchałem przyśpiewek i pieśni z dużą przyjemnością. Wyróżniam tu zwłaszcza Joannę Trzepiecińską (Gospodyni).

Artystka oprócz wokalistyki, potrafiła swoją grą aktorską, w której wyczuwało się radość, luz i dystans do kreowanej postaci, przedstawić kobietę z krwi i kości. Czułem, że aktorka po prostu jest szczęśliwa, że gra w tym przedstawieniu, ale to uczucie promieniowało również od pozostałych aktorów występujących tego dnia na scenie. Wszyscy cieszyli się wspaniałym, polskim słowem Wyspiańskiego.

Kolejnym artystą, którego gra wywarła na mnie duże wrażenie była dynamiczna kreacja Piotra Cyrwusa (Czepiec, Upiór). Czułem ciarki na plecach, kiedy wymachiwał kosą osadzoną pionowo na drzewcu.

Z wielką przyjemnością patrzyłem na kostiumy artystów, które były po prostu piękne, eleganckie oraz nienagannie skrojone i uszyte. (Anna Czyż) Świetna była również nowoczesna i interesująca prezentacja efektów specjalnych oraz zdjęć filmowych. (Yann Seweryn, Kamil Walesiak, Tadeusz Sawka) Skala i sposób użycie tych środków w Teatrze Polskim może być wzorem dla innych teatrów.

fot. Krzysztof Bieliński
Andrzej Seweryn (Gospodarz, Wernyhora) w kolejnej sztuce zagrał świetnie, podobała mi się kreacja artysty zwłaszcza w drugiej części przedstawienia. Ówczesna polska inteligencja oraz ludowi politycy, których reprezentowała postać Gospodarza wierzyli, że zmiany na mapie Europy są tylko kwestią czasu. Seweryn pokazał człowieka targanego patriotycznymi uczuciami, który jednak nie potrafił nad nimi zapanować. Nie umiał przekuć ich w praktyczny czyn. Pijany Gospodarz nie udźwignął odpowiedzialności i przekazał najważniejszy i symboliczny rekwizyt, bez którego nie można było rozpocząć powstania lub walki, swojemu nieodpowiedzialnemu, młodemu stronnikowi, którego bardziej od niepodległości interesował los wiechy z pawich piór na jego czapce.

I tu właśnie można dołożyć całą serię analogii do współczesności, zarówno o kiepskich stronnikach, o miałkich programach, o braku poczucia służby obywatelskiej. Przecież wielu z nas niejasno przeczuwa, że niedługo może się coś złego wydarzyć.
Czy istotnie zostanie nam wtedy tylko sznur?

Post scriptum

Kurzy się!

czwartek, 29 stycznia 2015

„Hiszpanka” czyli jazda prawie obowiązkowa w reżyserii Łukasza Barczyka.

Interesująca obsada, ciekawe komentarze przedpremierowe oraz udane zwiastuny filmu (przykład) spowodowały, że czułem się w miłym obowiązku zobaczyć Hiszpankę w reżyserii i według scenariusza Łukasza Barczyka. Byłem ostrożny po szumnych deklaracjach zawartych w logline filmu, ale muszę przyznać, że obraz mile mnie zaskoczył.

Fot. Jacek Piotrowski
Podobały mi się kapitalne zdjęcia od których trudno było oderwać oczy (Karina Kleszczewska), a także charakterystyczny montaż scen oraz znakomite efekty specjalne. Wskazuję tu zwłaszcza na sceny w starym Londynie oraz fantastyczne ujęcie pędzącego w śnieżnej zadymce pociągu. W filmie zaprezentowano bardzo wyrafinowaną scenografię (Jagna Janicka) oraz świetne kostiumy (Dorota Roqueplo), a tym, co szczególnie mnie ujęło był fakt, że wreszcie w polskim filmie wszystko było wyraźnie słychać!

Podkreślam bardzo wysoki poziom artystyczny całej obsady aktorskiej, bez wyjątków! Na tym wspaniałym tle wyróżniam dwójkę artystów: Sandrę Korzeniak (p. Malicka), która potrafiła nadać granej postaci ciepły, charakterystyczny rys i demonicznego Crispina Glovera (dr. Manfred Abuse).

Interesujący był scenariusz, który tematykę Powstania Wielkopolskiego 1918/19 potraktował jedynie jako tło ciekawej intrygi. Nie było w filmie dyżurnego zestawu edukacyjnego składającego się z obrazów potyczek, portretów dowódców oraz dyskursów o ich strategicznych decyzjach.

Fot. Jacek Piotrowski
Przed premierą reżyser zwierzał się, że pomimo pokaźnego budżetu, nie było wcale łatwe osiągnięcie wysokiego poziomu technicznego we wszystkich aspektach produkcji filmu. Jego profesjonalne oczekiwania wciąż jeszcze u większości współpracujących przy realizacji filmu podwykonawców traktowane były jako coś specjalnego. Na szczęście produkcja zakończyła się sukcesem i okazało się, że można w Polsce tworzyć filmy na znakomitym poziomie i co ważniejsze, są tutaj ludzie, którzy potrafią to zrobić.

Byłoby wspaniale, gdyby Hiszpanka wyznaczyła wysoki, profesjonalny standard wykonania przyszłych realizacji filmowych w kraju. Oby tak się stało!

Kurzy się!

środa, 28 stycznia 2015

Wilk i jeleń.

Dzień był piękny. Powietrze było mokre, ale rześkie. Wędrowałem przez cichy, zimowy las. Doszedłem do bramy rezerwatu pokazowego. Nie zauważyłem żadnych zwiedzających, ani nikogo z pracowników obsługi. Kroczyłem główną aleją i kolejno przyglądałem się zwierzętom na wybiegach. Dotarłem do zagrody wilka. Postałem chwilę i wkrótce go dostrzegłem. Krążył w odległości około pięćdziesięciu metrów, leniwie stąpając swoim wilczym, lekkim krokiem wzdłuż przeciwległego ogrodzenia. 

Fot. Krzysztof Stasiaczek
Dzielił nas spory, świerkowy zagajnik. Poszedłem ścieżką w stronę drewnianego tarasu widokowego. Po dojściu do wybranego miejsca okazało się, że wilk przemieścił się dokładnie do punktu, w którym wcześniej stałem. Zamieniliśmy się pozycjami wzdłuż przekątnej prostokątnego wybiegu. Postanowiłem wrócić i cichutko zsunąłem się na ścieżkę. Doszedłem do miejsca, w którym rozpocząłem obserwację. Wilk także wykonał manewr, tyle że w niezauważalny sposób.

Stał teraz przy tarasie widokowym w miejscu, gdzie sterczałem jeszcze minutę wcześniej. Patrzył na mnie. Nie czułem jego strachu, był raczej zaciekawiony, czy przyjmę zaproszenie do dalszej zabawy w chowanego. Pokonany i zrezygnowany poczłapałem w stronę wyjścia.

Po chwili trafiłem na zagrodę, w której był jeleń z grupą łań. Byk miał piękne, duże poroże i nienaganną sylwetkę. Gdy mnie zobaczył, podbiegł do ogrodzenia. Przesunąłem się kilka metrów. Przybliżył się do miejsca, w którym stałem. Stękał i charakterystycznie pobekiwał.*.

Zdawało się, że nie dostrzegał dzielącego nas płotu. Przyspieszyłem wzdłuż ogrodzenia, a jeleń dotrzymał mi kroku. Zwolniłem, a zwierzę zwolniło także. Zatrzymałem się i popatrzyłem mu w oczy. Jeleń prychnął, wydał kilka chrapliwych beknięć, opuścił łeb i przywalił rogami w drewniane ogrodzenie.

Nie zawsze można grać w taką grę, w jaką się chce.
Aby dobrze wypaść, czasami należy pohałasować, waląc nawet własną głową o drewniany płot.

*pomruk jelenia ze strony myśliwskiej p. Andrzeja Otrębskiego.

Kurzy się!

środa, 14 stycznia 2015

"Szczury" w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie.

Maja Kleczewska sięgnęła po "Szczury" Gerharta Hauptmanna, tragikomedię niemieckiego noblisty wystawioną po raz pierwszy w 1911 roku w Berlinie. Sztuka opisywała mieszczańską i proletariacką problematykę społeczną podaną w sposób naturalistyczny, a stylem tkwiła w niemieckim teatrze ekspresjonistycznym, co sumiennie zachowała i zaakcentowała reżyserka rezygnując częściowo z realistycznej scenografii, włączając do spektaklu sekwencje filmowe, operując umiejętnie  światłem (Wojciech Puś) i przygotowując efekty, które niekonwencjonalnie pobudzały emocje widzów. (Piana)

fot. Magda Hueckel
Kleczewska przeniosła akcję sztuki do współczesnej Warszawy, a mieszczan i robotników niemieckich zastąpiła obrazem polskiej klasy średniej, która nie potrafi, nie chce i nie umie współistnieć z pracującymi w Polsce Ukraińcami, których w spektaklu symbolizowała Paulina zinterpretowana świetnie przez Karolinę Adamczyk. Artystka idealnie opanowała ukraiński akcent i melodię języka. Ta stylistyka nie ograniczyła jej w żadnym stopniu w zaprezentowaniu pełnej palety uczuć i emocji.

Mocnym punktem spektaklu była także kreacja Michała Czachora (Bruno) zagrana refleksyjnie, nieco tradycyjnie, co w tym przypadku jest pochwałą warsztatu artysty, grającego spokojnie i z dystansem.

Po obejrzeniu przedstawienia czułem jednak niedosyt. Część scen była po prostu słaba i niezrozumiała, zwłaszcza w drugiej części spektaklu, gdzie emocje i symbolika dosłownie pęczniały w pianie w postępie geometrycznym. Odniosłem wrażenie, że nie zostały przepracowane na próbach w takim stopniu, jak te z pierwszej części. Dodatkowo, realizatorzy czasami nie panowali nad dźwiękiem, zdarzały się momenty, w których muzyka zagłuszała aktorów, albo artyści nie byli słyszani bądź odwrotnie, słychać było ich za głośno. Wszyscy używali mikrofonów przenośnych.

Fot. Magda Hueckel
Myślenie o Ukraińcach jak o ludziach drugiej kategorii, którzy powinni "uczyć się" od nas pracowitości, zaradności i kultury jest bardzo powszechne. Słowo Ukrainka stało się synonimem sprzątaczki. Wielu Polaków czuje się ludźmi lepszymi od Ukraińców tylko dlatego, że u nas są inne warunki życia. Ukraińskie kobiety są traktowane przedmiotowo, wykorzystywane, a zdarza się, że również molestowane. 

Część kompromitujących, scenicznych wypowiedzi była cytatem z wystąpień publicznych tzw. autorytetów z cierpko komentowanej Warszawki, co oznacza, że ludzie od których wymagamy refleksji nie dostrzegają problemu.

Sztuka w reżyserii Mai Kleczewskiej rzeczywiście "wtrąca się" jak obiecywał Paweł Łysak. Czekam jednak na więcej.

Kurzy się!

czwartek, 1 stycznia 2015

Włoska robota.


"Kupiec wenecki" Szekspira w reż. Aldony Figury, w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. 

Nie jest to współcześnie najpopularniejsza sztuka Szekspira, między innymi dlatego, że tematem głównym spektaklu jest skrajny antysemityzm. Autor sztuki nie wahał się, po której stronie stanąć, oczywiście po stronie szlachetnie urodzonych Włochów, którzy pod koniec przedstawienia z zimną krwią mordują Żyda-lichwiarza, co nie przeszkodziło im później świętować happy end-u, czyli podwójnego ślubu oraz przyjąć błogosławieństwa, którego udzielił Antonio (Zdzisław Wardejn).

Aldona Figura (reżyseria) ograniczyła się do przedstawienia prostej fabuły tego dramatu. Nie dokonała żadnej reżyserskiej interpretacji, w konsekwencji oglądałem sztywne i akademickie wykonanie. Reżyserka nie odcisnęła na tym przedstawieniu własnej pieczęci. Aktorzy grali przechadzając się po scenie, brak było koncepcji ruchu scenicznego, a sztuka była monotonna i jednostajna, co nużyło widzów.

mat.Teatru Dramatycznego
Na tym tle bardzo dobrze wypadła dwójka artystów. Lichwiarza, Żyda Shylocka znakomicie zagrał Andrzej Blumenfeld. Artysta pokazał pełen profesjonalizm, świetnie akcentował swoje kwestie, posiadł sztukę emisji głosu, dykcji i mimiki w najwyższym stopniu. Widzowie dzięki temu rozumieli i czuli wszystko, co miał do przekazania, czego nie da się powiedzieć o pozostałych artystach będących tego dnia na scenie.

Kolejnym jasnym punktem tej inscenizacji była rola Porcji zagrana przez Martynę Kowalik. Artystka świetnie wydobyła wszystko, co było tylko możliwe z postaci posłusznej woli ojca, dobrej córki. Przy okazji zaprezentowała wdzięk i urodę, które rozjaśniły ten w istocie nie komediowy, a smutny spektakl, któremu nie pomogła również scenografia (Aneta Suskiewicz).

Dekoracje przeniosły widza w metaloplastyczny, postindustrialny krajobraz, który z braku wizji interpretacyjnej nie mógł wesprzeć inscenizacji, nie kojarzył się też z Wenecją, ani z czasami autora sztuki.

Jednym z podstawowych zarzutów formułowanych przez Szekspira w stosunku do Żyda było pożyczanie pieniędzy na procent. Istotnie, w tamtych czasach było to grzeszne i mocno na cenzurowanym. (więcej o tym: "Kuchennymi schodami i za pieniądze" ). Teraz, nie jest to już argument, który rozumieją widzowie teatralni bombardowani codziennie reklamami firm pożyczkowych umieszczanymi o zgrozo, w państwowej telewizji (!). Czyż realizująca misję publiczną telewizja nie powinna umieszczać tam zamiast tych reklam programów edukacyjnych uczących rozsądnego oszczędzania?

I proszę, w nieświadomy sposób przeskoczyłem do dyskusji o współczesności, dając nie- spodziewany dowód na nieprzemijający geniusz mistrza ze Stratfordu. 

Kurzy się!