sobota, 15 lutego 2020

Halka przenicowana


Treliński spruł, odwrócił Halkę na „lewą stronę” i uszył ją na nowo

Maria Fołtyn, która była wielką propagatorką twórczości Stanisława Moniuszki nie zaprzeczała, kiedy przy niej określano jego twórczość mianem parafiańszczyzny. Moniuszko żył przecież w  prowincjonalnym Wilnie i codziennie chadzał do kościoła Św. Jana, gdzie grał na organach. Kompozytor żył spokojnie i doświadczał szczęścia rodzinnego z Aleksandrą Müllerówną, która urodziła mu dziesięcioro dzieci. Moniuszko nie podróżował za wiele z wyjątkiem dwóch wyjazdów do Paryża opłaconych przez protektorkę artystów, muzę Norwida, Marię Kalergis. Polskie środowisko muzyczne nie było dostatecznie inspirujące dla Moniuszki, a jednak artysta potrafił skomponować dwa arcydzieła operowe – Halkę i Straszny Dwór, co świadczy o jego wybitnym talencie.

Premiera "Halki" w Theater an der Wien, 15/12/2019, 
fot. Monika Rittershaus
Halka to opera narodowa, która pokazuje polską obyczajowość, ale jednocześnie to historia uniwersalna, zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną, dlatego że opowiada o miłości. Treliński, który podróżuje znacznie częściej od Moniuszki i reżyseruje na prestiżowych scenach świata dobrze wie, jak zaprezentować operę, aby była zrozumiała dla mieszkańca Nowego Jorku, Wiednia, czy Tel Awiwu. Artysta przemontował operę dla współczesnych, całkiem przenicował Halkę, a więc ją spruł, odwrócił na „lewą stronę” i uszył całkiem na nowo. Paradoksalnie ryzyko było niewielkie, bo dotyczyło tylko ocen i odbioru unowocześnionej wersji na krajowym podwórku. O pozytywny odbiór na świecie, Treliński nie martwi się już od ładnych kilku lat. Z pewnością wśród naszych miłośników opery jest duża grupa widzów, która zawsze oczekuje klasycznej wersji Halki z pięknymi, szlacheckimi strojami, siarczystym mazurem zatańczonym przez kilkadziesiąt par, najlepiej z Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca Mazowsze, a wszystko to na tle skalistych gór, szumiących jodeł i szemrzących strumieni. To bardzo dobrze, ale równie dobrze jest od czasu do czasu przełamać stereotyp i pomajstrować przy klasycznym dziele sztuki, aby wydobyć jego nowoczesne konteksty. Tradycjonaliści raczej nie będą zachwyceni inscenizacją Trelińskiego, czego doświadczyłem podczas spektaklu, kiedy drobniutki, starszy pan siedzący obok mnie nie wytrzymał i pod koniec pierwszego aktu walnął mnie w ramię mówiąc z gorzką emfazą: - dyskotekę z  tego zrobił, dy-sko-te-kę!

Ja patrzyłem urzeczony na tę dyskotekę i to z kilku powodów. Treliński przeniósł akcję Halki w lata 70- te ubiegłego stulecia, do nowo otwartego hotelu Kasprowy w Zakopanem. Dzięki scenografii Borisa Kudlički cieszyłem się widokiem wspaniałych mebli, krzeseł „patyczaków”, foteli projektowanych przez Józefa Chierowskiego, przeszklonych, modernistycznych ścian, a nawet drucianych skrzynek pełnych butelek z epoki. Na scenie królowały kostiumy jak z żurnala mody lat 70-tych (Dorota Raqueplo): spodnie dzwony, miniówki, niebotycznie wysokie buty na platformach, szeroko rozłożone kołnierzyki, błyszczące marynarki, a wszystko to w jednolitej konwencji biało-czarnych wzorów inspirowanych op-artem. Wszystkie te atrakcje zostały starannie oświetlone, jak zwykle w odpowiednich momentach podkreślając to, co najważniejsze. (rewelacyjny Marc Heinz)

Reżyser zapewnił sobie bezkarność, a jednocześnie nowe możliwości inscenizacyjne stosując prosty trick na początku spektaklu. Przedstawienie otwierało badanie miejsca śmierci Halki dokonywane przez MO. Fotograf i milicjanci jakby wyjęci z serialu „07 zgłoś się” starannie oznaczali i dokumentowali ślady wydarzeń z ubiegłej nocy. Widzowie zorientowali się, że Halka już nie żyje. Dalsza część opery stała się retrospekcją wydarzeń, w której rzeczywistość przeplatana była onirycznymi wspomnieniami Janusza. Czas krążył wraz z obrotami wspaniałej sceny Teatru.

Hotel stał się idealnym miejscem do pokazania akcji opery. Jak na tacy zaprezentowała się w nim cała ówczesna drabina społeczna: od bogatego badylarza lub partyjnego kacyka Stolnika zajmującego najdroższe apartamenty, jego jedynaczkę Zosię, jej narzeczonego Janusza, przez ich gości, aż do pracowników obsługi hotelowej, którzy ciężko pracowali, aby zaręczyny i ślub wypadły jak najlepiej. Do tego „biedniejszego” świata, świata kelnerów i sprzątaczek należała prosta dziewczyna, pokojówka Halka i jej wiejski wielbiciel Jontek.

W hotelach czasami dzieją się dziwne rzeczy, które nigdy nie wydarzyłyby się w normalnym, domowym życiu bohaterów. Znamy wiele hotelowych historii, które kończyły się źle, choćby głośna sprawa kompromitacji finansisty Dominika Strauss-Kahn’a, oskarżenie gwiazdy boksu Mike’a Tysona o gwałt, czy demolowanie pokoi hotelowych przez członków kapel rockowych. Miejsce akcji jak w soczewce skupiło całkiem pokaźny bagaż współczesnych, dobrych i złych skojarzeń, na przykład szampańskiej zabawy, nieskrępowanej miłości,  ale też molestowania kobiet, wywyższania się jednego człowieka wobec drugiego oraz pogardy dla biednych czy przyjezdnych. Samo życie.

W roli Halki świetnie spisała się wokalnie, ale również aktorsko Izabela Matuła, która wykreowała na scenie pełnokrwistą postać kochającej kobiety. Kochającej dziko, namiętnie, prawie obłędnie. Halka Matuły była silna. Silniejsza od otaczających ją mężczyzn.

Artyści wszystkich obsad, nie tylko tej premierowej śpiewają i grają w Halce znakomicie. Gwiazdą jest oczywiście Piotr Beczała w roli Jontka, ale ja pochwalę także innych śpiewaków, którzy zwrócili moją uwagę. Z przyjemnością oglądałem butnego szlachcica, władczego Stolnika w wykonaniu Krzysztofa Szumańskiego, a także Janusza à la Maciej Maleńczuk w wykonaniu Tomasza Raka, który udźwignął rolę targanego wyrzutami sumienia młodego, niezdecydowanego mężczyzny, kilkukrotnie powracającego i uciekającego od Halki. Po drugiej stronie Halka nie mogła jednać wybrać Jontka, który nie potrafił zdobyć się na działanie i poprzestał na komentowaniu dramatu ukochanej dziewczyny stojąc cały czas z boku.

Parafialna Halka wkroczyła do prestiżowego hotelu i stała się nowoczesnym utworem dramatycznym, w którym zaledwie kilka razy zazgrzytało archaiczne libretto Włodzimierza Wolskiego. Z pewnością warto nucąc pod nosem mazura z finału I aktu otworzyć Internet i spróbować zamówić bilety na tę „eksportową” wersję naszej narodowej opery na scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej w  Warszawie.


Kurzy się!

sobota, 14 lipca 2018

Carmen bez róży we włosach

Carmen w Teatrze Wielkim Operze Narodowej, zaskakująca realizacja przebojowej opery Georges'a Bizeta.

Reżyser ostatniej premiery sezonu w Warszawie Andrzej Chyra deklarował, że pragnie uciec od normy interpretacyjnej popularnej opery Bizeta. Rzeczywiście, twórcy zrezygnowali z wielu „standardowych” elementów oprawy spektaklu. Nie było wachlarzy, barwnych sukien, koronek, kwiatów wpinanych we włosy i kolorowego taboru cygańskiego. W zamian pokazano procesję,
fot.Krzysztof Bieliński
podczas której mali chłopcy nieśli wielki krzyż z rozpiętym Chrystusem, dzwonek z fabryki cygar oznajmiający fajrant został zastąpiony dzwonem kościelnym, a Carmen sławiącej miłość w Habanerze wyrosły anielskie skrzydła. 
Poręczą do analizy tej uwypuklonej duchowości mogą być następujące fakty: Sewilla słynie z niesamowitych procesji Wielkiego Tygodnia, anioł symbolizuje potęgę, nieśmiertelność, a młody chłopiec dzieciństwo wychowanego w tradycji katolickiej, szlachetnie urodzonego Don Jose. Idąc tym tropem można zapytać, dlaczego Don Jose trafił jednak do wojska? Czyżby dlatego, aby armia zrobiła z niego prawdziwego mężczyznę? A może młodzieniec chciał uciec od swojej zaborczej matki, która nękała go listami budząc u chłopaka dojmujące poczucie winy, które zaowocowało problemami w kontaktach z kobietami? 

Stop, stop, stop! Nie oto chyba chodzi w tej zabawie, chociaż tropienie dodatkowych, ukrytych znaczeń jest nawet zajmujące, ale można się nieźle rozpędzić! Przecież widzowie przyszli na Carmen Bizeta! Libretto naiwne, wątłe, ale za to, co za muzyka! To operowy hit wszechczasów! Nie ma powodu, żeby przy tym majstrować. Na szczęście muzykę pozostawiono w spokoju i każdy z widzów usłyszał perfekcyjne wykonania wielu artystów. Począwszy od gry wspaniałej orkiestry Teatru Wielkiego występującej pod batutą świetnej Keri-Lynn Wilson, przez bardzo dobrą Carmen w wykonaniu Moniki Lendzion - Porczyńskiej i znakomitego Mariusza Godlewskiego jako Escamillo, dziarskiego torreadora, aż po udaną rolę Don Jose zaśpiewaną i przede wszystkim dobrze zagraną przez Dario Di Vietri. Ciekawe, choć nieco zaskakujące zamknięcie sezonu operowego 2017/2018 w Teatrze Wielkim Operze Narodowej.


Trailer spektaklu:


Kurzy się!

niedziela, 27 maja 2018

Oświecenie nad Wisłą


„Czym jest Oświecenie?” to nowa wystawa prezentowana w warszawskim MSN nad Wisłą. Kuratorzy wystawy: Łukasz Ronduda i Tomasz Szerszeń dokonali wyboru rysunków i rycin ze zbiorów króla Stanisława Augusta, które przetrwały zawieruchy wojenne i są obecnie prezentowane w całości jako Gabinet Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.

W „Czym jest Oświecenie” prace artystów i uczonych z osiemnastego wieku zostały skomentowane dziełami współczesnych twórców, które dobrała i częściowo wykonała własnoręcznie Goshka Macuga – znana polska artystka rezydująca w Londynie.

Można powiedzieć: NO WOMAN, NO KRAJ. (mat. MSN)
Wystawa jest nietypowa dla MSN. W krótkiej historii placówki nad Wisłą jeszcze takiej nie było. W zasadzie to nie wystawa artystyczna (a przynajmniej nie tylko), a prezentacja naukowa. Akademicki sposób eksponowania rysunków i rycin podkreślały klasyczne, zwisające na długich linkach biblioteczne lampy. Moim zdaniem dawały jednak za mało światła, co utrudniało komfortowe obcowanie z eksponatami.

Kolejnym zaplanowanym elementem scenografii tej wystawy było olbrzymie, skomponowane z wielu fragmentów krzywe lustro powieszone na wschodniej ścianie sali wystawowej. Przekaz kuratorski był prosty – drodzy widzowie, przejrzyjcie się w tym lustrze, a dostrzeżecie problemy osiemnastowiecznej Europy, które przetrwały do współczesności, choć często w zdeformowanej formie.

Rysunki i ryciny, które rekomenduję oglądać poruszając się po sali w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara ilustrują na pierwszej stacji-stole ekspozycji iluminację, a więc symbol oświecenia dosłowny i przenośny. Na kolejnych stołach (świetnie zaprojektowanych przez Pracownię Macieja Siudy i wykonanych przez S4P Manufaktura Mebli) widzowie oglądają kolejne prezentacje tematyczne, takie jak antyklerykalizm, pojmowanie demokracji, emancypację kobiet, spojrzenie na kolonializm oraz wiele, wiele innych. Podróż po wystawie zamyka niesamowita prezentacja, która wieści zmierzch cywilizacji ludzi na rzecz cywilizacji technologii.

mat. MSN
Jedną z wielu ciekawostek wystawy jest prezentacja pierwszego projektu Świątyni Opatrzności Bożej Jakuba Kubickiego (projekt zrealizowany współcześnie jest dużo gorszy!), którą pierwotnie planowano wybudować jako świątynią „Najwyższej Opatrzności” i ponad-wyznaniowe, synkretyczne miejsce kultu.

Śledzenie i porównywanie zachowania i poglądów ludzi w epoce Oświecenia i współcześnie jest bardzo interesujące, ale wydaje się, że należy powstrzymać się z wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków. Ponad 200 lat czyni różnicę i to fundamentalną. Warto wyrobić sobie własne zdanie na ten temat, zwłaszcza że bilet kosztuje tylko złotówkę.

Kurzy się!


Święte nic

"Święte nic” to tytuł wystawy w Zamku Ujazdowskim prac pary krakowskich artystów: Jakuba Juliana Ziółkowskiego i jego partnerki, koreańskiej malarki Hyon Gyon. Artystka jest znana w Hong-Kongu, Japonii i Stanach Zjednoczonych, a jej podstawową inspiracją malarską jest koreański szamanizm. Hyon Gyon będąc dzieckiem wzięła udział w pogrzebie babki, podczas którego uległa fascynacji obrzędami szamańskimi.

fot. Bartosz Górka
"To, czego doświadczyłam, to proces oczyszczenia z negatywnych emocji towarzyszących ludzkim tragediom. Tym tematem konsekwentnie interesuję się do dziś. Rytuał był niekończącym się cyklem tworzenia i umierania, w którym smutek, radość, gniew, przywiązanie, miłość, nienawiść, ludzka obsesja na punkcie życia, lęk przed śmiercią, pożądanie i ból zostały w całości pokonane i „połknięte”. Doświadczenie wywarło na mnie głęboki wpływ zarówno jako na człowieku, jak i na artystce, czułam, że wreszcie znalazłem swój temat” – mówiła Hyon Gyon w 2013 roku w wywiadzie dla czasopisma Guernica Magazine.

Jakub Julian Ziółkowski to z kolei jeden z najbardziej znanych w Europie współczesnych, polskich malarzy. Jego malarstwo jest bardzo charakterystyczne, wyrafinowane, nawiązujące do tradycji kultury europejskiej, ale także czerpiące ze sztuki Wschodu. Niedawno malarz odwiedził Wietnam, a efektem jego wielomiesięcznej podróży są prace, w których Ziółkowski eksperymentował z obrazami malowanymi na szkle akrylowym. Powód był prosty, płótno nie wytrzymywało azjatyckiej wilgoci. Jego „wietnamskie” obrazy epatują barwnymi plamami przedstawiającymi dżunglę, duchy, tygrysy, ale i… amerykańskie dolary, co powróciło także na wystawie „Święte nic”.
fot.Bartosz Górka
Zaskoczeniem jest fakt, że dwójka malarzy, która lubi malarstwo wielkoformatowe przygotowała wystawę składającą się zaledwie z kilku obrazów Ziółkowskiego, ale za to z kilkudziesięciu instalacji. Instalacji przyciągających oko kolorem i rozmachem w stylu azjatycko – odpustowym.
Wystawę otwierają nadpalone, podarte, kolorowe flagi. To symbol swoistego Katharsis Hyon Gyon: artystka doznała oczyszczenia po ceremonii szamańskiej. Dwa elementy, do których odwołuje się w swoich flagach to chaos, a także zerwanie barier odzwierciedlone przez rozdarcie i nadpalenie tkanin.
Dalej uwagę zwracają przedziwne figury, które być może przedstawiają fazę liminalną duszy ludzkiej, moment kiedy czeka na końcową przemianę. Liche materiały z jakich wykonano figury pogłębiają poczucie tymczasowości. Figury symbolizują charaktery ludzi, którzy najprawdopodobniej doświadczą niebawem inkarnacji.
Wiele figur ma charakter wotywny. Czeka je spalenie, kiedy po obrzędach przestaną być potrzebne do kontaktu z duchami. Takie spalenie pokazują instalacje wideo przygotowane przez Ziółkowskiego.
W wielu pracach Hyon Gyon używa czarnych, sztucznych włosów. Wiesza włosy w różnych miejscach, jak totemy. Włosy rosną po śmierci i symbolizują siłę duchową. Czarny kolor wskazuje możliwość odrodzenia po śmierci.
fot. Bartosz Górka
Ciekawą pracą jest „miękka kaplica”. To jurta obłożona używanymi maskotkami. W środku wyświetlany jest materiał wideo Ziółkowskiego. Ziółkowski pokazany jest jako szaman i słucha transowej muzyki. Towarzyszy temu migotanie świetlnej kuli z dyskoteki „Gorączki sobotniej nocy”. Jurta jest symbolem podróży, podróży artystki w sensie dosłownym (Korea, Japonia, USA, Polska), ale także w sensie przenośnym, duchowym i artystycznym. Praca nawiązuje też do wyobcowania i stygmatyzowania szamanów w relacjach społecznych. Potrzebni są ludziom tylko w czasie obrzędów.
Osobną, ciekawą prezentacją jest sala pt. „Chory z miłości”. W stanie chorobowym miłością napełniane są wszystkie naczynia, nocniki, wazy i amfory. Produkcja miłości jest niekontrolowana, tak jak produkcja makaronu, którym Wojciech Pokora napełniał kolejne misy, garnki i talerze w komedii „Poszukiwany, poszukiwana”. Naczynia puchną od nadmiaru miłości. Rzeczywiście, artyści są w związku, o którym mówią, że jest pełen szalonej miłości.
fot. Bartosz Górka
I na koniec samotny Ian Moon – autoportret rzeźbiarski Ziółkowskiego odosobniony w małej salce zamkowej wieży. Artysta pokazany jest w przebraniu rockmana, który patrzy na obiekty wystawy pokazane w sali obok. Siedzi w swojej pięknej ramonesce nabitej ćwiekami z przyczepionymi przypinkami, które wyglądają jak przedmioty wotywne i spokojnie patrzy. Może to miał być żart, ale jest to komentarz artystów do wystawy, bo czyż nasz świat nie jest pełen kompletnie pomieszanych symboli i znaczeń?

Kurzy się!


niedziela, 20 maja 2018

Dama Kameliowa - wielka miłość, namiętność, cudowne stroje i Chopin.

Niewielki margines licznej grupy prostytutek w dziewiętnastowiecznym Paryżu stanowiły damy o wysokim statusie, paryskie metresy i kurtyzany, które uprawiając sztukę erotyczną wyróżniały się nie tylko pięknością, ale również znajomością kultury, filozofii, a nawet polityki. Nic dziwnego, że wiele historii z tamtych czasów opowiadanych przez artystów działo się właśnie w buduarach i salonach takich dam. Tytułowa bohaterka baletu, Marguerite Gautier była właśnie kurtyzaną. Kochało ją wielu mężczyzn, co powodowało nieustannie konflikty obficie podlewane ich zazdrością i gniewem. Historia opowiedziana w balecie krąży wokół szaleńczej miłości Armanda i Marguerite.

fot.Ewa Krasucka
W opisywanym przeze mnie spektaklu tańczyli artyści przypisani do tak zwanej drugiej obsady, gdzie partię Marguerite wykonywała Maria Żuk, a rolę Armanda Dawid Trzensimiech. Choreografia Johna Neumeiera pomimo upływu lat wciąż zaskakuje nowoczesnością i skalą trudności. Partie solistów pełne są wielu różnorodnych podnoszeń, często niskich i wykonywanych w bliskim kontakcie. Debiutujący w swych rolach artyści zaprezentowali wysoki poziom techniczny, chociaż w jednej ze scen tancerzom „udało się” szczelnie owinąć głowę Armanda tiulem z kostiumu partnerki, co przez moment przypomniało dzieła bułgarskiego artysty Christo, który szczelnie "opakowywał" kolorową folią różne obiekty. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i nie doszło do upadku.

Dama Kameliowa to prawdziwy teatr tańca. Maria Żuk nienagannie wykonała swoją partię, ale zatańczonej przez nią Marguerite zabrakło nieco aktorskiego wyrazu i żarliwości. Widzowie nie poczuli całkowitego utożsamienia artystki z jej bohaterką, a przecież tylko w ten sposób można było zatańczyć romantyczne partie wiarygodnie. W tej chwili w zespole Polskiego Baletu Narodowego moim zdaniem najwyższe kwalifikacje aktorskie do tej roli posiada Yuka Ebihara, która jest zdolna do pełnej, wręcz ekstremalnej identyfikacji z bohaterką.

fot. Ewa Krasucka
Miłość dziewczyny zostaje stłumiona przez interwencję ojca Armanda, który przekonał ją, że dla dobra chłopaka powinna go odtrącić. W roli ojca wystąpił Robert Bondara. Artysta idealnie przekazał swoim na pozór prostym, zdyscyplinowanym tańcem uniwersalne emocje rodziców, którzy bezwarunkowo chcą chronić swoje dzieci. Zadbał przy tym o odpowiednią, nieco formalną formę tego przekazu. Brawo! 

Balet Dama Kameliowa Johna Neumeiera ma już 40 lat. Bardzo się cieszę, że ta inscenizacja będzie grywana regularnie w Warszawie. Nie tylko ze względu na świetny taniec, ale przede wszystkim z uwagi na znakomicie ilustrującą wydarzenia na scenie muzykę. Poza tym, jest tu wszystko, co powinno być w romantycznej historii: wielka miłość, namiętność, cudowne stroje i Chopin. Czego chcieć więcej?

Kurzy się!