Znamy już laureata Jarocińskich Rytmów Młodych!
Konkurs dla debiutujących wykonawców wygrał warszawski zespół Strażacy. To oni
będą suportem gwiazdy ostatniego dnia Jarocin Festiwalu, formacji Slayer.
Jurorzy konkursu (wśród nich m.in. Leszek Biolik z
zespołu Republika) wyróżnili Strażaków za wyjątkowo oryginalne teksty i styl,
który sam zespół określa jako śmieszcore. O tym jak bardzo luźne podejście do
muzyki ma zespół, niech zaświadczy to, że „grają muzykę dla mew i waleni”, co
sami przyznają na swojej stronie internetowej.
Krzysztof Klejnowski na basie
BRAWO SYNKU!
Zespół Strażacy tworzą Tomek Buga , Olek Kwapień,
Krzysiek Klejnowski i Marcin „Perek” Chrzan. Tuż po odebraniu nagrody
powiedzieli, że supportowanie Slayera jest dla nich ogromnym wyróżnieniem.
„Byłoby super spotkać za sceną Toma Araya” - przyznają muzycy.
Ale koncert przed Slayerem to nie wszystko. Jako
zwycięzcy Strażacy otrzymali również możliwość wydania i nagrania swojej
debiutanckiej płyty oraz statuetkę Złotej Kosy. Poza główną nagrodą jury
przyznało również wyróżnienia; uhonorowano nimi formacje Indespair oraz
Cowshed.
Wiktoria Wielińska
Artykuł
powstał w ramach warsztatów dziennikarskich "Jarocin Krytyczny",
wspieranych przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Zwycięzcy otrzymują nagrodę i grają:
Wielu miłośników Tatr uważa je za jedyne, prawdziwe
góry w Polsce. Usłyszałem kiedyś od zagorzałego Tatro-fanatyka złośliwy
komentarz, kiedy powiedziałem, że mój plecak nazywał się „Beskidy”.
– Bez czego? – zapytał. Udał, że nazwa innego pasma
górskiego nic mu nie mówiła.
Willa "Oksza" fot. Dionizy Kurz
A jeśli Tatry, to Zakopane. Odkryte dla ludzi nauki
i kultury przez Tytusa Chałubińskiego, wspaniałego lekarza oraz miłośnika gór i
przyrody. Od końca XIX w. do momentu wybuchu II Wojny Światowej odwiedzali
Zakopane wspaniali artyści, na przykład: Jan Kasprowicz, Kazimierz
Przerwa-Tetmajer, Karol Szymanowski, Władysław Orkan, Stanisław Ignacy
Witkiewicz i wielu, wielu innych. Mam nadzieję, że trasy letnich szlaków
przynajmniej niektórych z czytelników tego posta zaprowadzą do Zakopanego.
Jeśli tak będzie, to zgodnie z tytułem, który jest cytatem z piosenki zespołu
Sztywny Pal Azji, apeluję: spacerujcie po Zakopanem!
Scena góralska, Zofia Stryjeńska,
fot. Dionizy Kurz
Polecam wszystkie przybytki kultury w tym mieście,
ale szczególnie zwracam uwagę na willę Oksza oraz na Galerię Władysława
Hasiora. Mam wrażenie, że obie pozostają nieco na uboczu tras turystycznych. Willa
Oksza jest galerią sztuki dwudziestowiecznej. Mieści się we wspaniałej,
drewnianej willi, którą wymyślił i naszkicował Stanisław Ignacy Witkiewicz, a
wykonali góralscy cieśle. Styl, który Witkacy propagował w swoich projektach w
tej okolicy nazwano właśnie „zakopiańskim”. W galerii dużo jest obiektów, które wiążą się tematycznie z Zakopanem i Tatrami. W muzeum pokazywane są malarstwo, grafika, rysunki,
rzeźby, fotografie, a nawet ciekawe plakaty i afisze. Są też ciekawostki, choćby zdjęcie z 1935
roku oryginalnie eksponowane na szybie okiennej, które przedstawia Antoniego
Słonimskiego z żoną podczas lekcji jazdy na nartach. Prezentowani w galerii artyści to
obok Witkacego: Leon Wyczółkowski, Wojciech Weiss, Konstanty Laszczka, a przede
wszystkim znowu modna Zofia Stryjeńska, której życie bardzo atrakcyjnie i interesująco opisała w
wydanej niedawno książce „Diabli nadali” Angelika Kuźniak.
Pamięci przyjaciela, Władysław Hasior
fot. Dionizy Kurz
Z kolei Galeria Władysława Hasiora jest jego autorską galerią. Ten artysta zdobywał nagrody na konkursach sztuki w wielu krajach całego świata. Wystawiał w Paryżu, Sztokholmie, Moss (Norwegia), Montevideo, Bochum, Sao Paulo, Kopenhadze, Sodertalje (Szwecja), Edynburgu, Aalborg (Dania), Menton (Francja), Meksyku, Malmo, Londynie, Helsinkach, Wiedniu, Berlinie, Budapeszcie, Moskwie, Frankfurcie, Tallinie i w kilkudziesięciu miastach w Polsce. Hasior nazywany był polskim Robertem Rauschenbergiem. Ten amerykański twórca wywarł wielki wpływ na nowoczesną sztukę światową, jako pierwszy wprowadzał rzeczywiste przedmioty do swoich obrazów nazywając to "combine painting". Władysław Hasior czuł się bardziej rzeźbiarzem, ale przez to, że pracował za żelazną kurtyną, nigdy nie stał się bardzo sławny, tak jak jego amerykański kolega.
Hasior pytał: "- jak przebić rzeźbą niebo? Nie ma na to odpowiedzi, ani w książkach, ani wśród ludzi - może jest w nierozłupanej jeszcze skale, w nierozdartej stali, a może między światłem, a cieniem. Bo słup prześwietlonej wody, wiatr i głos, szkło i włosy, kamień i czas, dym i prąd, wreszcie każda materia, która daje cień i ogień, może być tworzywem sztuki pod warunkiem, że wybierze ją, połączy lub rozerwie albo spali wolna i zuchwała fantazja." (1971)
Don Giovanni w reż. R. Peryta na 26 festiwalu
Mozartowskim. Popis Dariusza Macheja w roli Leporella!
Teatr Warszawskiej Opery Kameralnej zainaugurował XXVI Festiwal Mozartowski w Warszawie operą Don Giovanni Wolfganga Amadeusza Mozarta
w reżyserii Ryszarda Peryta. Premiera tej inscenizacji miała miejsce jeszcze w
XX wieku, dawno? Dawno, ale po pierwsze, przygotowanie premiery opery barokowej
sporo kosztuje, bo jest to kwota rzędu 700 tys. złotych, a nie ma ich w
teatralnej kasie dyrektora Jerzego Lacha, a po drugie, dlaczego zmieniać to, co
jest bardzo dobre, wręcz perfekcyjne?
mat. WOK
Bardzo często w inscenizacjach Don Giovanniego przygotowywanych
na wielkie sceny, ich twórcy starają się zaskoczyć widownię i dodają drugi, a
czasem nawet trzeci poziom interpretacyjny. Przy okazji nieskomplikowana idea
tego arcydzieła często gdzieś się gubi. A przecież to opera „dramma giocoso”, z
włoskiego „wesoły dramat”. Należy zatem słuchać cudownej muzyki Mozarta,
patrzeć na fantastyczne stroje i scenografię Andrzeja Sadowskiego i bawić się
doskonałą grą aktorską Leszka Świdzińskiego (tenor, Don Ottavio) oraz podziwiać
kapitalnego w roli Leporella Dariusza Macheja (bas).
mat. WOK
Spektakl był naprawdę w doborowej obsadzie, wszakże
partię tytułową śpiewał znakomity Robert Gierlach (bas-baryton), a Donnę Annę
interpretowała Olga Pasiecznik (sopran). Nie można również zapomnieć o świetnym
duecie, który stworzyli Artur Janda (bas) i Marta Boberska (sopran) w rolach
Masetta i Zerliny. Doskonałych solistów wspierała znakomita orkiestra
Sinfonietta Warszawskiej Opery Kameralnej pod batutą maestro Zbigniewa Gracy.
Niewielka sala Opery Kameralnej idealnie nadaje się
do odbioru tego wspaniałego dzieła Mozarta. Siedząc na widowni zrozumiałem, że zadziałał tu bardzo
prosty mechanizm. Słuchając szlagierowego „La ci darem la mano” (Podajmy sobie
ręce) w pierwszym akcie, naprawdę czułem, że artyści byli na scenie na
wyciągnięcie ręki! Widzowie mieli wrażenie, że prawdziwe gwiazdy śpiewały wyłącznie
dla nich, czyli dla małej, elitarnej grupy! A należeć do elity - to zawsze jest
przyjemne!
Tristan i Izolda
Wagnera w reż. Mariusza Trelińskiego, słony smak miłości w TW - ON w Warszawie
Mariusz Treliński, reżyser nowej inscenizacji opery
Tristana i Izoldy Richarda Wagnera wystawionej w Teatrze Wielkim Operze
Narodowej w Warszawie, ale przygotowywanej na potrzeby jesiennej premiery w nowojorskiej
Met Opera, zabrał widzów w wielką, morską podróż. Wnętrze nowoczesnego okrętu
wojennego oraz magazyny nabrzeży portowych stały się tłem jednej z
najsłynniejszych historii o miłości. Boris Kudlička (scenografia) wykorzystał na
scenie wiele amerykańskich, popkulturowych skojarzeń o entourage'u marynistycznym.
Widzowie mogli obejrzeć wspaniałe dekoracje i rekwizyty, które przypominały
amerykańskie filmy począwszy od „Pearl Harbor” (M. Bay), przez „Polowanie na
Czerwony Październik” (J. McTiernan) , a skończywszy na „Titanicu” (!) Jamesa
Camerona. Biorąc pod uwagę miejsce przewidywanej premiery, taka prezentacja
wydawała się trafna i nie pozbawiona żartobliwego mrugnięcia okiem w
konfrontacji z pomnikowymi tonami Wagnera.
fot. Krzysztof Bieliński
Boris Kudlička ponownie uwiódł mnie swoją
plastyczną wizją i perfekcją. Tak udanej scenografii nie byłoby jednak bez
znakomitych, wręcz rewelacyjnych świateł w reżyserii Marca Heinza. Snopy światła
eksponowały kolejno poszczególnych artystów, którzy ukazywali się w różnych
miejscach sceny, niczym duchy. Nic dziwnego, mrok był przyjacielem cierpiącej pary
kochanków, a dzień bezlitośnie ich rozdzielał. Wagner pisał operę będąc pod
wpływem filozofii Artura Schopenhauera, dla którego istotą bytu ludzkiego były przecież
ból i cierpienia.
Podkreślę, że w momencie powstania (1859) niełatwo
było znaleźć wykonawców tego dzieła. Muzyka i śpiew tej opery wydawały się „nie
do zagrania i nie do zaśpiewania”. A jednak ten wielki dramat muzyczny Wagnera
wyznaczył granicę starego i nowego. Wielu kompozytorów europejskich uległo później
wpływom Wagnera i czerpało inspirację z jego dziedzictwa, na przykład Gustaw
Mahler, Richard Strauss, czy Karol Szymanowski.
fot. Krzysztof Bieliński
Bardzo dobrym wykonawcą tej muzyki stała się
orkiestra Teatru Wielkiego Opery Narodowej pod batutą niezawodnego Stefana
Soltesza. Ani jednej wpadki, wszystko w tempie i w taki sposób, aby eksponować
śpiewających artystów wśród których bardzo podobały mi się wykonania ról
żeńskich: w roli Izoldy wystąpiła fantastyczna tego wieczoru Melanie Diener
(sopran), która siłą swojego śpiewu zdominowała nieco Jay Huntera Morrisa
(tenor) w roli Tristana. Świetna była też Michaela Selinger (mezzosopran) w
roli Brangeny, która śpiewała w taki sposób, jakby wydobywanie głosu nie
sprawiało żadnego wysiłku. Podobał mi się również spokojny Rewindhard Hagen
(bas) w roli króla Marka oraz wyrazisty Tómas Tómasson (bas-baryton) jako Gorwenal. Obsada na
Nowy Jork będzie wyglądała nieco inaczej, ale i tak Warszawa mogła zobaczyć
spektakl przygotowany z wielkim rozmachem i na bardzo wysokim poziomie
artystycznym.
Trzymam kciuki za USS TRELINSKI, aby spokojnie
wpłynął do amerykańskiego portu i odebrał tam należne mu honory.
Nienawidzę rosyjskich
sztuk. Nic się nie dzieje, a płaci się jak za musical. Woody Allen na 6.piętrze !
Sztuka wystartowała leniwie, Sheila (Sonia
Bohosiewicz) i Norman (Marcin Perchuć) świętując siódmą rocznicę ślubu
zaprosili na grilla siostrę Sheili Jenny (Joanna Liszowska) z mężem Davidem
(Wiktor Zborowski). Tak rozpoczęło się przedstawienie "Miłość w Saybrook" Woody Allena w reż. Eugeniusza Korina wystawione w Teatrze 6.piętro w Warszawie. Bohaterowie cieszyli się ospałą, weekendową atmosferą spędzając
czas na tarasie pięknego domu położonego blisko plaży. Miasteczko Old Saybrook
jest bogatym przedmieściem Nowego Jorku, które leży w cudownym miejscu nad
morzem i posiada doskonałe połączenie promowe z Long Island. Z okna luksusowego
budynku roztaczał się wspaniały widok na kanał i rozlewiska rzeki Connecticut.
Pomysłowo odtwarzała ten pejzaż scenografia przygotowana przez Macieja
Chojnackiego.
fot. Jarosław Niemczak
Woody Allen w charakterystycznym dla siebie stylu napisał
zabawne dialogi, dzięki którym artyści od samego początku spektaklu zaczęli
wprowadzać widzów w dobry nastrój. Stary Mistrz (sztukę wydano w 2003 roku) posłużył
się nawet nawiązaniem do Czechowa, przy czym nie oszczędzał swoich bohaterów
kpiąc z nich w rozmowie poświęconej widocznym nad horyzontem gęsiom:
SHEILA: Spójrz
Norman, gęsi wróciły.
NORMAN: Powiedziane, jakbyś była tragiczną
bohaterką rosyjskiej sztuki.
JENNY: Nienawidzę rosyjskich sztuk. Nic się nie
dzieje, a płaci się jak za musical. [1]
Widzowie przekonali się później, że beztroska
„gąska” Jenny, właścicielka sklepu z luksusową bielizną wolała zdecydowanie
chwytliwe refreny popularnych piosenek od sztuk Czechowa. Joanna Liszowska
uwydatniła to podśpiewując (całkiem nieźle) podczas całego spektaklu wiele
fragmentów popularnych utworów.
fot. Jarosław Niemczak
Eugeniusz Korin nie pozwolił ani na chwilę
przestoju w spektaklu. Akcja nabierała tempa, a pierwszym punktem zwrotnym
sztuki był przyjazd pary byłych właścicieli domu: Hala, zagranego przez Szymona
Bobrowskiego i Sandy, w roli której wystąpiła Barbara Kurdej-Szatan. Od tego
momentu sztuka zaczęła być farsą z podtekstem erotycznym. Trzy pary były po
wielokroć zaskakiwane zmiennością sytuacji. Tekst Allena stał się pełen aluzji
seksualnych prezentowanych w coraz bardziej dosadny sposób, nawet na granicy
dobrego smaku, niemniej jednak w tej części podobali mi się Szymon Bobrowski,
który idealnie zaprezentował typ rubasznego, egoistycznego księgowego z obsesją
na punkcie seksu oraz znakomicie wykreowany przez Wiktora Zborowskiego flegmatyczny,
pozornie naiwny, ale jednak mocno stojący na nogach chirurg plastyczny David,
który miał także obsesję, ale na punkcie… golfa.
To nie był koniec scenariuszowych „przewrotek”.
Całość intrygi w zaskakujący sposób połączyła postać dramaturga Maxa, którego
spokojnie i z dystansem zagrał Andrzej Poniedzielski.
Gęsi to nie tylko symbol głupoty i bezmyślności. Te
ptaki ucieleśniają także bardzo pozytywne pojęcia, takie jak: słońce,
odrodzenie, miłość, wierność i płodność. Finał okazał się zaskakująco sentymentalny.
Szczery śmiech widzów został wzbogacony o nutkę, powiem otwarcie, zbyt ckliwej
jak dla mnie zadumy nad istotą miłości, która łączyła i paradoksalnie także
czasami oddalała od siebie ludzi. Czy było to przekonujące?
Wracający widzowie jadący windą Pałacu
Kultury w większości wspominali momenty humorystyczne i dawali do zrozumienia,
że przedstawienie im się bardzo podobało. To dobrze rokuje frekwencji na
kolejnych spektaklach. Refleksja na temat przewrotności uczuć, być może
przyjdzie później.