poniedziałek, 7 listopada 2016

Cała prawda o Alinie

Wagner, Chopin, Moniuszko? Nie! To muzyka Władysława Żeleńskiego na scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie!

Opery polskich kompozytorów: Kurpińskiego, Dobrzyńskiego, Moniuszki, Noskowskiego i Żeleńskiego nie są znane na świecie. Trudno, należy się już chyba z tym pogodzić, że konkurencja była i jest ogromna, ale dlaczego dzieła tych kompozytorów (z wyjątkiem Moniuszki) nie są popularyzowane i grane w Polsce? Tego nie wie nikt, na szczęście wystawienie Goplany, opery romantycznej w trzech aktach Władysława Żeleńskiego z librettem Ludomiła Germana na podstawie tragedii Juliusza Słowackiego Balladyna, w reżyserii Janusza Wiśniewskiego w Teatrze Wielkim Operze Narodowej sprawia, że można mieć nadzieję na zmianę tej sytuacji.

Prapremiera opery miała miejsce 23 lipca 1896 roku w Krakowie. Dzieło i kompozytor zebrali bardzo dobre recenzje. Takie same były reakcje krytyków po premierach w największych metropoliach ówczesnej Polski, we Lwowie i Warszawie. Czy twórcom współczesnej, warszawskiej premiery w Teatrze Wielkim Operze Narodowej udało się nawiązać do tej chlubnej tradycji? Zdecydowanie tak, chociaż realizacja pozostawiła lekkie uczucie niedosytu. 

Muzyka Żeleńskiego była świetna, przemyślana, bogato, nowocześnie i wspaniale zinstrumentowana! W Goplanie wybrzmiewały fantastyczne fragmenty inspirowane dziełami Wagnera, Chopina i Moniuszki. Kompozytor potrafił doskonale podkreślić liryzm i dramatyzm losów bohaterów. Jego muzyka pełniła wspaniale rolę ilustracyjną. Warto zwrócić także uwagę na jej zróżnicowany charakter służący opisowi trzech światów : bogini jeziora Goplany, rycerskiego dworu Kirkora oraz włościańskiego, Grabca. Piękno tej muzyki potrafiła w pełni zaprezentować, a nawet uwydatnić świetnie dysponowana orkiestra T.W.O.N. pod batutą Grzegorza Nowaka. Orkiestra grała znakomicie i jak zwykle, idealnie eksponowała solistów. 

fot. Krzysztof Bieliński
Poziom artystyczny całej obsady tego spektaklu był bardzo wysoki. Wszystkie role zostały zaśpiewane dobrze albo bardzo dobrze. Nie mogę jednak oprzeć się pokusie, aby wybrać kreacje, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Małgorzata Walewska (mezzosopran dramatyczny) zagrała Wdowę. Wspaniałemu głosowi towarzyszyła równie znakomita gra aktorska. Czuło się w jej śpiewie pewność i moc, a scena, w której jako matka zdecydowała się wskazać na własne dziecko jako na morderczynię, była naprawdę dramatyczna. Świetny występ! Kolejni artyści, którzy zwrócili uwagę widzów, to Edyta Piasecka (sopran, Goplana) oraz Rafał Bartmiński w roli Grabca (tenor). Artystka zademonstrowała chłodne dostojeństwo leśnej bogini, ale również drapieżną i zazdrosną miłość. Partie Goplany były bardzo trudne, o dużej rozpiętości skali, ale artystka wypadła fantastycznie! Rafał Bartmiński w roli wiejskiego chłopca śpiewał jak złoto, lekko, bez maniery i ze swadą. Zagrał bardzo wiarygodnie historię nieco naiwnego, ale pewnego siebie młodzieńca, który został wciągnięty przez nimfy w miłosną intrygę. Z pewnością na wyróżnienie zasługuje również kreacja Mariusza Godlewskiego, który reprezentował świat rycerski jako Kostryn (baryton). Była to iście szekspirowska rola, w której artysta pięknie śpiewając zademonstrował dramatyczne rozdarcie pomiędzy lojalnością w stosunku do Kirkora, a miłością do Balladyny. 

Janusz Wiśniewski nie zaskoczył widzów stylem swojej reżyserii, scenografią i kostiumami, ale wywołał niepokój wprowadzając pewne uwspółcześnienia w fabule opery. Dotyczy to relacji Aliny (Katarzyna Trylnik) i Balladyny (Wioletta Chodowicz). Reżyser zaproponował widzom Alinę jako wyrachowaną, w istocie wredną siostrę, która swoim zachowaniem prowokowała Balladynę! Dzięki temu zabiegowi obie postaci stały się wielowymiarowe i bliższe współczesności.

fot. Krzysztof Bieliński
Lubię stylistykę Janusza Wiśniewskiego, która jest bardzo teatralna i plastyczna. Aktualnie w Warszawie, w jego reżyserii, na deskach teatru Ateneum można obejrzeć zbieżne plastycznie z realizacją Goplany przedstawienie Dziewic i Mężatek Moliera, w przekładzie syna kompozytora Goplany, Tadeusza. W przypadku tej opery jednak liczyłem na coś ekstra. Możliwości techniczne warszawskiej sceny operowej są ogromne, a jednak reżyser nie zdecydował się na bardziej spektakularną prezentację niektórych scen. Uczucie niedosytu pogłębione było również przez fakt, że Goplana rzadko gości na scenach teatrów operowych, a więc jeśli już była w programie, to chciałoby się, żeby to była realizacja szczególnie efektowna.

Nie mam jednak prawa narzekać, spektakl był interesujący, a na scenie działo się bardzo dużo, co więcej, dzięki specjalnej, tematycznej platformie internetowej, wszyscy miłośnicy opery w Europie mogli  zobaczyć transmisję spektaklu na żywo!

Zwiastun spektaklu:

Kurzy się!

piątek, 4 listopada 2016

Teatr dawny Antoniego Libery

Taśmy z nagraniami Andrzeja Seweryna ujawniono w Warszawie! 

KRAPP i dwie inne jednoaktówki Samuela Becketta w reż. Antoniego Libery w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. 

fot. Krzysztof Bieliński
Powstanie jednoaktówek Samuela Becketta: Ostatnia taśma, Fragment dramatyczny II oraz Impromptu "Ohio" dzieliło dwadzieścia trzy lata, ale reżyser Antoni Libera trafnie zestawił je w jedno przedstawienie. Trzy części spektaklu wiązały wspólne motywy, którymi były rozbiór człowieczego losu i pytanie o uchwycenie i analizę sensu ludzkiego bytu. We Fragmencie dramatycznym II śledcze badanie przeprowadzili audytorzy, którzy reprezentowali najprawdopodobniej to Najważniejsze, Gwiezdne Biuro. Andrzejowi Sewerynowi grającemu inspektora A sekundował dzielnie w śledztwie Antoni Ostrouch (B). Obiektem zainteresowania tych, jak się okazało, bezdusznych, żywcem wyjętych ze współczesnej korporacji cynicznych biurokratów, był pan Croker. Beckett obdarzył bohatera wieloznacznym imieniem, które mogło oznaczać zarówno żabi rechot, jak i zabijanie (to croak). I rzeczywiście, oba znaczenia tego słowa pasowały do tej marnej postaci, która stała na parapecie otwartego okna, sześć pięter nad ziemią. 

W tym samym czasie konsultanci dokonywali sądu nad Crokerem. Nie pominęli żadnych szczegółów, badali temperament, charakter i przeszłość potencjalnego samobójcy. Ekipa śledcza była profesjonalnie przygotowana, analizowała zapisy z grubych teczek, w których zebrano dokumentację i zeznania świadków na temat finansów, porywów serca i sumienia Crokera. Okazało się, że w oczach bezdusznych agentów nie znalazły uznania żadne okoliczności łagodzące. Ani fakt, że Croker był niespełnionym pisarzem, ani to, że miał liczne fobie, na przykład nie znosił głosów ptaków oraz fakt, iż miał ciężkie dzieciństwo. A przecież cierpiał także na chroniczne bóle głowy! Wyrok? Niech skacze! 

Inspektor A chcąc dokonać ostatniej obdukcji wskoczył na parapet okienny, a widzowie wstrzymali oddech, bo była to niepokojąco rzeczywista imaginacja zachwiania się i niemalże upadku z szóstego piętra! Będąc tuż przy Crokerze został jednak zaskoczony, tak jak to bywa u Becketta, publiczność musiała sama ocenić niejednoznaczną scenę: co agent dostrzegł w twarzy Crokera? Łzy, ironiczny uśmiech, czy po prostu pustkę oczu bez życia?  

fot. Krzysztof Bieliński
Druga część, Ostatnia taśma to wielkie, aktorskie wyzwanie. Krappa grali tacy mistrzowie jak Łomnicki i Zapasiewicz, a więc Andrzej Seweryn wraz z Antonim Liberą musieli zastanowić się, jak pokazać tego bohatera, aby nie popaść we wtórność, a jedynie być może poprowadzić dialog z tymi historycznymi interpretacjami. Udało się to znakomicie. Krapp Seweryna został dzikim, nieco zdziwaczałym, pełnym wigoru i zniecierpliwienia starcem. To była nowoczesna interpretacja wolna od mentorstwa, przydługich pauz, kipiąca dynamiczną mową ciała. Seweryn wydobył na powierzchnię liczne akcenty komediowe. Szalał pośród pudełek z własnymi nagraniami, niczym bohater groteskowej afery taśmowej! Wszystko to udało się zaprezentować nie uwalniając się od rygorów formalnych narzuconych przez reżysera wiernego Beckettowi.

Ostatnia część teatralnego tryptyku z Teatru Polskiego to ciche i skupione na tekście Impromptu "Ohio". Ten utwór podsumował obie prezentacje opowieścią, którą zapisano w scenicznej księdze. Delikatny rytm słów epilogu odczytywanych przez starca – Seweryna, uwypuklały perkusyjne uderzenia dłoni o blat stołu, bliźniaczej starcowi postaci lub jego duszy. Impromptu, to słowo zanurzone w teatrze, ale także w muzyce, a więc rytmiczne powtórki utworzyły refren tej opowieści. Opowieści o przemijaniu, ale także o tym, że jedynym, co po nas zostanie będzie tylko to, co napiszemy lub nagramy. 

Antoni Libera przygotował spektakl teatralny w taki sposób, w jaki artyści nurtu authentic performance wykonują muzykę dawną. Reżyser wiernie odtworzył pierwotne ramy zbudowane przez dramaturga i wypełnił je teraźniejszą grą aktorską. Czy można uznać taką wypowiedź artystyczną za współczesną? Takie rozumienie sztuki ma swoich zwolenników. Jest ich niewielu, ale Libera zdaje się mówić: dzieła Becketta są kompletne. Wynalazcze i charakterystyczne dla zjadającego swój ogon postmodernizmu wywracanie ich na „lewą stronę” nie przyniesie nic twórczego! Trzymajmy się dorobku starej, dojrzałej, europejskiej kultury!

Idąc tropem śladów z Mrożkowej Rzeźni, nie mam wątpliwości, że pop-wątróbka zwycięży, przynajmniej na jakiś czas, może nawet na długo, ale sztuka wysoka jednak pozostanie. To nic, że dla garstki wybrańców. Teatr dawny Antoniego Libery jest potrzebny. Będzie potrzebny.

Zwiastun spektaklu:


Kurzy się!

sobota, 29 października 2016

Lepiej już było, nie tylko w ZUS

Zgasły światła rampy, a więc utalentowana babcia wzięła się za inną robotę!  

Pięćdziesiąt lat pracy i 1400 zł emerytury! – narzekał ostatnio jeden z krakowskich gwiazdorów piosenki w rozmowie z dziennikarzem poczytnej gazety. Okazuje się, że problem niskich emerytur artystów znany jest również za oceanem. Ten fakt zaowocował napisaniem przez Cat Delaney komedii opisującej losy amerykańskiej, emerytowanej aktorki szekspirowskiej. Sztukę wyreżyserował w warszawskim Teatrze Współczesnym Wojciech Adamczyk, aktor i doświadczony reżyser komediowy znany z takich produkcji jak film Ranczo Wilkowyje i serial Ludzie Chudego.

fot. Marta Ankiersztejn
Zdesperowana niską wysokością swojej emerytury Esmeralda Quipp grana przez Martę Lipińską wzięła sprawy w swoje ręce, a jej przygody złożyły się na zasadniczy wątek komedii. W związku z tym widzowie mieli okazję uczestniczyć w pogrzebie kota, posiedzieć w towarzystwie prostytutek w areszcie nowojorskiej policji oraz być świadkami napadu na Bank. A wszystko to zostało okraszone żartami, śmiesznymi sytuacjami oraz licznymi cytatami z Szekspira!

W spektaklu brylowała Marta Lipińska, która odniosłem wrażenie, ze sceny na scenę rozgrzewała się i nabierała tempa, chociaż komedia trwała bite dwie godziny! Do jej wysokiego, aktorskiego C dopasowały się zwłaszcza dwie artystki Współczesnego: Joanna Jeżewska (Penelopa Farthingale), która barwnie i z temperamentem zaprezentowała nieco wulgarną, ale sympatyczną postać nowojorskiej ulicznicy oraz idealnie obsadzona w roli sędziny Julius Agnieszka Pilaszewska, której na sali sądowej uległby każdy adwokat, nie wspominając o świadkach oraz dziennikarzach piszących pitavalowe recenzje.

Po opadnięciu kurtyny widzowie na stojąco nagrodzili wszystkich artystów rzęsistymi brawami, a szczególnie Martę Lipińską, dziękując za udany wieczór, który przyniósł wiele szczerych uśmiechów, ale również chwile zadumy nad przemijaniem i sytuacją ludzi w starszym wieku.

Lepiej już było (trailer)


Kurzy się!

środa, 26 października 2016

Dutkne cię tem palcem!

Udana inscenizacja Ślubu Witolda Gombrowicza w Teatrze Współczesnym w Szczecinie! 

Jądrem Ślubu Gombrowicza jest wieloznaczny, filozoficzny tekst. Możliwości interpretacyjne, sposobność do intelektualnej analizy, perspektywa prezentacji wyrafinowanej symboliki, a często, mam wrażenie także swoisty snobizm, prowokują wielu reżyserów do realizacji tego dzieła.

Dramat nie jest prosty w odbiorze. Widzowie są zmuszeni do koncentracji i mają obowiązek podążać za słowami bohaterów. W dobrym scenariuszu każde zdanie ma znaczenie. Nie ma zbędnych słów. Taki właśnie jest Ślub, a więc „odpuszczenie” wysiłku intelektualnego w trakcie spektaklu spowoduje, że dwie godzinki z życia po prostu przepadną.

fot. Piotr Nykowski
Anna Augustynowicz wyreżyserowała sztukę mając pełną świadomość tych cech, a więc urządziła spektakl w taki sposób, aby nic nie „przeszkadzało” widzom w odbiorze tekstu. Artystom pomogła minimalistyczna scenografia (Marek Braun), a także idealnie charakteryzujące bohaterów kostiumy. (Wanda Kowalska). W kontekście tego, co napisałem o znaczeniu tekstu należy pochwalić wszystkich aktorów za wzorową dykcję i emisję głosu. Widzowie nie mieli żadnych problemów ze zrozumieniem słów.

Wysoki poziom gry aktorskiej był zaletą tej inscenizacji. Na tle dobrych kreacji całego zespołu scenicznego pragnę szczególnie wyróżnić Grzegorza Młudzika (Ignacy - ojciec, król) za znakomite pokazanie postaci ojca, uosobienia wszystkich ojców, którego każdy z widzów znał, jeśli nie z własnej rodziny, to przynajmniej widział takiego tatę gdzieś u sąsiadów. Młudzik wykreował postać, która pomimo wszystkich swoich wad wzbudziła sympatię, a nawet rozczulenie widzów. Podobnie było z udaną rolą Joanny Matuszak, która używając bardzo oszczędnych środków zdołała zademonstrować tradycyjną, głęboko religijną i kochającą matkę. A to wcale nie koniec, bowiem pragnę zwrócić również uwagę na ciekawą i spójną grę Jędrzeja Wieleckiego, odtwórcy roli Władzia. Artysta był bardzo sugestywny jako naiwny, poczciwy i wierny przyjaciel Henryczka z lat młodości.

fot. Piotr Nykowski
Stawianie pytań o tradycję, religię, napiętnowanie, które w spektaklu przekonująco symbolizowało dotknięcie palcem, manipulację, żądzę władzy, a także o sam mechanizm zmiany postawy człowieka, będzie zawsze aktualne. Gombrowicz pokazał, że wszystko „dzieje się” w przestrzeni między ludźmi, a od zła dzieli nas tylko malutki kroczek. Nie broni przed nim dobre wykształcenie, filozoficzny dystans do siebie i rozum. Człowiek tkwi w stalowym uścisku swojego wyobrażenia o świecie, dzięki któremu w prosty sposób może oceniać innych, a także łatwo usprawiedliwiać własne postępowanie. Warto o tym pomyśleć, nie tylko wtedy, kiedy ktoś nas "dutknie tem palcem", nawet przy okazji ślubu.

Kurzy się!

sobota, 15 października 2016

Szczęśliwa trzynastka

Niesamowity koncert Felixa Kliesera i Norwegian Chamber Orchestra w Filharmonii Narodowej w Warszawie

Trzynastego października w Filharmonii Narodowej w Warszawie wystąpiła Norwegian Chamber Orchestra pod wodzą znakomitego skrzypka i dyrektora Terje Tønnesena. Orkiestra powstała w 1977 i od tego czasu nagrała blisko czterdzieści płyt, zebrała znakomite recenzje od Azji poprzez Europę aż do USA oraz stała się jedną z czołowych orkiestr kameralnych w Europie.

Muzycy rozpoczęli koncert w Warszawie od „Suity z czasów Holberga” Edvarda Griega. To bardzo piękny, taneczny utwór, który składał się z kilku części inspirowanych tańcami z różnych stron Europy. Między innymi dostojną Sarabandą, Gawotem z pięknymi nordyckimi akcentami oraz lekkim Rigaudon pochodzącym z Prowansji. Sam Grieg nazywał swoją suitę „perukową”. Terje Tønnesen zaproponował absolutnie „anty-perukową” oprawę wykonania tego utworu, a muzycy orkiestry podkreślili to wesołymi, kolorowymi strojami. Utwór został perfekcyjnie wykonany, a publiczność słuchając niektórych jego fragmentów, oczyma wyobraźni mogła ujrzeć norweskie fiordy, a w nich brodate skrzaty i trolle, które tańczyły na brzegu rwącego, górskiego strumienia.   

Felix Klieser, fot. Deutsche Welle
W kolejnych utworach (II Koncert na róg i orkiestrę D-dur Josepha Haydna oraz II Koncert na róg i orkiestrę Es-dur Wolfganga Amadeusa Mozarta) przedzielonych krótkim zestawem rumuńskich tańców ludowych Béli Bartóka, gwiazdą był Felix Klieser (ur. 1991), solista grający na rogu. Ten znakomity muzyk uważany jest obecnie za jednego z najlepszych waltornistów na świecie . Dwa lata temu wygrał nagrodę ECHO Klassik dla młodych artystów, a w tym roku otrzymał prestiżową nagrodę Leonard Bernstein Award. Haydn i Mozart napisali swoje koncerty z przeznaczeniem na róg naturalny, bezwentylowy. Współcześnie wykonuje się te dzieła na instrumentach z zaworami. Co ciekawe, obaj napisali te utwory dla tego samego, wybitnego solisty, przyjaciela Mozarta Ignaza Leutgeba, który oprócz gry na rogu zajmował się handlem serami.

FN w Warszawie, 13.10.2016
fot. DG Arts Projects
Felix Klieser wykonał wspaniale oba koncerty, chociaż nie uniknął kilku minimalnych błędów. Godna podkreślenia jest technika gry tego artysty, który z uwagi na swoją niepełnosprawność musiał zastąpić operowanie ręką w czarze głosowej instrumentu indywidualną techniką zadęcia i ułożenia warg. Solista oraz orkiestra wzbudzili zachwyt widowni, a Klieser bisował pięknym solo na rogu. 

Po przerwie czekała widzów potężna dawka emocji za sprawą doskonałego wykonania przez artystów z Norwegian Chamber Orchestra utworu Verklärte Nacht („Rozświetlona noc”) Arnolda Schönberga. Ten poemat symfoniczny zainspirowany został wierszem Richarda Dehmela o tym samym tytule. Schönberg napisał go w 1899 roku zauroczony Matyldą von Zemlinsky (siostrą swojego nauczyciela Aleksandra von Zemlinsky), którą później poślubił. Wiersz opowiada o nocnym spotkaniu kochanków, podczas którego kobieta wyznaje, że jest w ciąży z innym i uzyskuje przebaczenie. Księżyc i miłość rozświetlają tę noc, co słychać w finale poematu. Muzyka zaprezentowana przez artystów z Norwegii wydobyła z tego dzieła najsubtelniejsze odcienie emocji. Była tam rozpacz, ale też miłość, tkliwość i namiętność. Utwór ma wyrafinowana harmonię i słychać w nim nuty romantyczne. Dopiero kilka lat po napisaniu „Rozświetlonej nocy” Schönberg zaczął eksperymentować z atonalnością i dodekafonią.

Kompozytor był przesądny jeśli chodzi o cyfrę trzynaście. W swoich utworach pomijał oznaczenia taktów tą cyfrą, unikał jej stosowania, chociaż sam urodził się trzynastego. Jak się później okazało, zmarł także trzynastego. A październikowa trzynastka w Warszawie przyniosła szczęście gościom Filharmonii Narodowej, którzy mogli wysłuchać wspaniałego koncertu. 


Kurzy się!