wtorek, 8 kwietnia 2014

Caryca przyjechała do Warszawy. 34 „Warszawskie spotkania teatralne”

fot. Michał Walczak
Nareszcie. Warszawa mogła zobaczyć „Carycę Katarzynę” Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina. Minął już rok od premiery sztuki w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, a spektakl dalej wzbudza kontrowersje i ogromne zainteresowanie. Scena Teatru Dramatycznego im. Tadeusza Łomnickiego na Woli pękała w szwach podczas dwóch festiwalowych przedstawień „Carycy". Nikt nie narzekał z powodu drobnych niedogodności i tłoku. Warto było przyjść.
Na temat tej inscenizacji napisano już wiele, rozebrano ją na czynniki pierwsze i przypisano jej różne przesłania. Czasem, aż za daleko idące, zwłaszcza jeśli chodzi o świat polityki. Dorzucę teraz swoje trzy grosze do chóru pochwał, bo świetnych przedstawień nie ma wcale tak wiele, a to jest i warto je chwalić. 

Scenografię i kostiumy do spektaklu przygotował doświadczony artysta Mirek Kaczmarek. Było oszczędnie, ale w wyrafinowany sposób. Kostiumy z epoki powieszono na linkach, nad sceną, tak jak w górniczej szatni zostawia się ubrania. Artyści pozostali w bieliźnie, co natychmiast aktywowało odczucie, że obcujemy z ich światem od strony łaźni i alkowy. Do tego należy wspomnieć koniecznie rekwizyty w stylu Marcela Duchampa: pisuar i zabawną makietkę teatrzyku do oględzin piersi tytułowej bohaterki. Zdałoby się powtórzyć za mistrzem:  sztuka nie jest do patrzenia, ale do myślenia, bo rekwizyty przecież symbolicznie opisują relację postaci z otoczeniem. Video-prezentacje w tle uzupełniały przekaz sceniczny, a nie zastępowały go. Genialna była scena duetu Ałły Pugaczowej z ekranu i Tomasza Nosińskiego (Stanisław August Poniatowski) ze sceny, podczas wykonania piosenki „Milion purpurowych róż”.

fot. Michał Walczak
Joanna Kasperek (Elżbieta Romanowna) potrafiła beznamiętnie, a jednocześnie zabawnie pokazać prokreacyjne ukierunkowanie swych matczynych uczuć do syna oraz instrumentalne z tego powodu zainteresowanie przyszłą synową. Niektóre sceny z udziałem artystki i  Dawida Żłobińskiego (kanclerza) były po prostu wyborne. Wreszcie sama rola tytułowa – Marta Ścisłowicz (Katarzyna II). Z trudną i wymagającą kreacją poradziła sobie wyśmienicie. Grała, a nie zagrywała się. Potrafiła pokazać, co jest ważne dla jej bohaterki. W części scen aktorka występowała bez kostiumu, ale nie epatowała swoją nagością, a jej cielesność stanowiła jedynie punkt wyjścia do aktorskiej wypowiedzi. Duże brawa dla artystki i Wojciecha Niemczyka (Piotr I) za odegranie z wielką klasą i kulturą sceny seksu carskiej pary. W obrazie, pomimo nagości artystów nie było pornografii, ani nawet nie było… seksu. Artyści odegrali mechanistyczno-prokreacyjno-sukcesyjny obowiązek. Na deser była kolorowa scena tańca z prochami matki wykonana stylowo przez Andrzeja Platę (Paweł I) przy piosence Kate Bush „Wichrowe wzgórza”.  

„Caryca”, to pięknie napisana przez Jolantę Janiczak bajka o życiu Katarzyny Drugiej Wielkiej. Dramatopisarka i reżyser oczyścili ze starych dekoracji świat mitów o Katarzynie II i zademonstrowali nam młodą kobietę, która używała swojego ciała tak, jak inni używają swojej wiedzy i kompetencji, aby zrobić karierę. Katarzyna rozumiała, że w jej świecie nie ma połowicznych rozwiązań. Musiała dać z siebie wszystko. Zaryzykowała i wygrała. Tak jak wygrali twórcy przedstawienia.



Kurzy się!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz